nie dajmy się zwieść – Do Siego

Dzisiaj wszyscy życzą wszystkim – taki to miły sylwestrowo-noworoczny zwyczaj. Ja swoje świąteczne życzenia „wrzuciłem w sieć” tuż przed Świętami (http://boguslaw.blog.pl), ale aktualne są również sylwestrowo, powtarzać więc ich nie będę. Pragnę jednak coś do nich dodać, bo to „coś” wydaje mi się ważne – bo świat gna do przodu z szybkością światła i zaskakuje nas niemal każdej godziny.

Ubiegły tydzień zaskoczył Polaków nieoczekiwanym „balonem próbnym” w odniesieniu do zmiany narracji przez obóz władzy. Kornel Morawiecki – postać nie tuzinkowa, bo znany to  działacz opozycji okresu „Solidarności”, później równie znany, „antysystemowy” polityk w ciągu całego ćwierćwiecza budowy III RP, bezpardonowy krytyk Okrągłego Stołu, twórca „Solidarności Walczącej”, obecnie – maleńkiej partii „Wolni i Solidarni” na zapleczu ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego, marszałek – senior Sejmu VIII kadencji, który na sesji inauguracyjnej celnie zdefiniował w jednym zdaniu motto rządów „dobrej zmiany” – „naród ponad prawem” i – co niebagatelne – ojciec Mateusza, premiera RP, proponuje przyjęcie uchodźców! Powrót do uzgodnień z rządem Ewy Kopacz! Balon został, oczywiście, natychmiast przekłuty – elektoratu PiS nie można narażać na taką traumę. To jednak zapowiedź nowego etapu – zmiany języka z zakłamanego na obłudny. Narzędzia do sprawowania władzy absolutnej zostały już pozyskane kosztem zmiany ustroju państwa – wbrew Konstytucji: zostaną teraz na jakiś czas schowane (na ich wykorzystanie przyjdzie czas). Ordynacja wyborcza jest już przygotowana na zmanipulowanie wyborów – w najgorszym razie ich sfałszowanie. Teraz trzeba nieco odrobić straty wizerunkowe w świecie i w Europie – nieunikniony negatywny produkt uboczny zamachu na rządy prawa, bo sprawy zaszły za daleko, być może wbrew oczekiwaniom. Premier złoży swoją pierwszą zagraniczną wizytę w Budapeszcie udając się na konsultację, jak to się robi. Najbardziej spektakularne postacie polskiej „antypolityki” (Szyszko? Maciarewicz? Waszczykowski?) przesunięte zostaną czasowo do tylnych rzędów, inne (Błaszczak? Ziobro?) otrzymają poufnie zakaz pokazywania się w mediach. I tak to prawdopodobnie pójdzie.  A Europa jest ufna – zawsze taka była, bo to głęboko tkwi w jej kulturze, bo „ten typ tak ma”.

Więc uzupełniam moje życzenia na ten Nowy Rok trudnej nadziei i dodaję to ważne „coś”: NIE DAJMY SIĘ ZWIEŚĆ!  Polskie państwo Jarosława Kaczyńskiego – to państwo totalne, przez ćwierć wieku pieszczona i doskonalona obłędna wizja, którą zły los pozwala mu  realizować. To państwo plemienne. Narodowe. Zamknięte w swoim własnym kokonie. Czerpiące siłę i wewnętrzne wsparcie z fałszywej narodowej dumy pobudzonej okrojoną, wykastrowaną historią i wykreowanym lękiem przed obcym. Nie ma w nim miejsca na jakieś   tam fantasmagorie, jakąś europejskość z właściwymi jej uniwersalnymi wartościami – demokracją, wolnością, rządami prawa czy prawami człowieka. Nie daję wiary, żeby od tego mogły być jakiekolwiek odstępstawa: jakiekolwiek!  Co innego taktyka: pół kroku wstecz, żeby za chwilę runąć do przodu.

Więc życzę moim przyjaciołom i „druhom w wartościach”: nie dajmy się zwieść! Lekko nie będzie, bo walczyć z obłudą, z zakłamanym uśmiechem, za którym kryje się kłamstwo, może być trudniej, niż walczyć z nachalnym kłamstwem, a przecież i z tym łatwo nie szło. Chcę wierzyć, że i tym razem damy radę, atoli pod jednym warunkiem: NIE DAJMY SIĘ ZWIEŚĆ!

Tego życzę. Do Siego Roku!

Czas Świat – więc życzę…

Czas Świąt – nie tylko dla Chrześcijan: one są głęboko osadzone w polskiej tradycji. Swoje przesłanie niosą wszystkim – przesłanie nadziei. Czy potrzeba nam dzisiaj czegokolwiek bardziej, niż nadziei? A jak nadzieja, to i życzenia z tą właśnie nadzieją składane, z odrzuceniem chłodnych kalkulacji, że nie są do spełnienia. Więc, ulegając magii tych Świąt, życzę.

Polsce, mojemu niepowtarzalnemu miejscu na ziemi, życzę powrotu demokratycznych rządów prawa, zrzucenia wstrętnej, wykrzywionej nienawiścią maski, w jaką Ją wtłoczono, przywrócenia Jej otwartości na świat i życzliwego uśmiechu, którym pozyskiwała przyjaciół; życzę jej mężów stanu, których mądry głos w debacie o przyszłości i drogach wiodących do przysporzenia wspólnego dobra byłby z uwagą i szacunkiem słuchany w gremiach tak europejskich, jak światowych.

Sprawującym z demokratycznego mandatu władzę życzę, żeby – stanowiąc prawo zgodne ze swymi prawicowymi wartościami – zaprzestali łamania fundamentalnej umowy społecznej, jaką jest Konstytucja, żeby zdobyli się na odwagę podjęcia naprawy tego, co haniebnie zniszczyli w polskiej przestrzeni publicznej, żeby wyrzekli się kłamstwa, pogardy i wykluczania jako metody rządzenia państwem; żeby niezwłocznie zaprzestali zawłaszczania historii, odbierania prawdziwości słowu, wyrządzania niepowetowanej krzywdy młodemu pokoleniu Polaków kastrując je z poczucia obywatelstwa i związanych z nim swobód, a w miejsce tego promując przesłania toksycznego nacjonalizmu

Parlamentarnej opozycji życzę, aby – w sytuacji tyranii większości – nie dała się sprowadzić do roli figowego liścia tyranię tą legitymizującego, ale i tego również, żeby – nie gubiąc swoich partyjnych tożsamości – wzięła się za ręce i zdobyła się na autentyczną, ponadpartyjną solidarność w działaniu na rzecz powrotu demokracji i rządów prawa, obywatelskich swobód i poszanowania dla uniwersalnych praw człowieka.

Liderom opozycji obywatelskiej, tej „chodnikowej”, życzę, aby przestali się dąsać i na siebie obrażać, licytować się, kto zrobił dotychczas więcej, a kto mniej, kto bardziej, a kto mniej skutecznie; życzę, żeby zechcieli uznać różnorodność form podejmowanych działań i ich etosów i żeby w tej różnorodności potrafili postrzec jedność nadrzędnego celu, jakim jest powrót do rządów prawa i wyeliminowanie z przestrzeni publicznej wszelkiej dyskryminacji i języka nienawiści: i żeby potrafili być w tym solidarni.

Kochanej młodzieży, od której tak wiele zależy – bo to w końcu ona przepędzi kiedyś tyranię i przesądzi o przyszłym kształcie Polski – życzę, aby przestała obrażać się „na politykę” i żeby zechciała zrozumieć, że to nie „polityka” ją odrzuca i zniesmacza, a forma jej uprawiania – jej upartyjnienie i zachłanność na władzę z przymrużeniem oka na dobro wspólne. Drodzy młodzi przyjaciele, z polityką jest, jak z wiatrem – można jej czasem nie lubić, ale ona po prostu jest i kształtuje naszą rzeczywistość: życzę Wam, abyście w nią jak najszybciej weszli i tą rzeczywistość rzeźbili na miarę Waszych aspiracji, które będą mogły być trwale spełnione jedynie w oparciu o demokratycznie stanowione prawo.

Pogrążonemu w chocholim śnie Suwerenowi – nie temu wirtualnemu, stanowiącemu figurę retoryczną w przemówieniach dyktatora, a temu rzeczywistemu, zdefiniowanemu w Konstytucji – życzę, aby się obudził, a mówiąc to celowo sięgam po język z testamentu Szarego Człowieka, który temu, aby apel ten był usłyszany, poświęcił życie. „Demokrację nie wystarczy lubić, żeby ją zachować – trzeba w niej uczestniczyć” – to wypowiedziane w Warszawie słowa Baracka Obamy. Powiem coś au rebours: wprowadzonej przez rządzących tyranii większości z towarzyszącym jej „kłamstwem nieustającym” nie wystarczy NIE lubić – trzeba jej przeciwdziałać. Czy jedyną formą przeciwdziałania są protesty uliczne? Ależ skąd!  Wystarczy, że obudzisz się któregoś dnia ze świadomością, iż będąc suwerenem – nie jesteś cząstką magmatycznej masy, a jesteś – przede wszystkim – obywatelem, zatem masz prawo do obywatelskiego protestu: przeciw kłamstwu, którym cię karmią w przestrzeni publicznej, przeciw łamaniu TWOJEJ Konstytucji, przeciw zmianie – bez TWOJEJ wiedzy – ustroju TWOJEGO państwa. Miej odwagę z tego prawa skorzystać: noś w klapie znaczek, który o tym mówi, podejmij w swoim miejscu pracy rozmowę, w której deklarację o swojej niezgodzie poprzesz argumentem, podpisz petycję, no, może raz na jakiś czas dołącz do protestu.

Aktywnym działaczom na rzecz powtrzymania fali większościowej przemocy i wszystkiego, co się z tym wiąże, ofiarnym przedstawicielom autentycznego społeczeństwa obywatelskiego, w tym wielu moim przyjaciołom, życzę determinacji i wytrwania, ale również mądrości, której towarzyszy umiar i nie uleganie narzucanej narracji agresji, nienawiści, wykluczania, odwetu; życzę, aby żar, który – swoim niezwykłym wysiłkiem i oddaniem Sprawie – podtrzymują w tlącym się ognisku, nigdy nie wygasł po to, żeby we właściwej chwili buchnąć płomieniem.

Życzę tego gorąco i z całego serca

Taki tam szary obywatel

 

art. 7 w natarciu: Europo, poczekaj – wrócimy!

Kolejny dzień wstydu – piekącego, bolesnego do szczytu wytrzymałości, z którym trudno się uporać. A było to przecież do przewidzenia, bo zastosowanie wobec państwa polskiego art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej stawało się nieuchronnością, jeśli wartości europejskie mają cokolwiek znaczyć, jeśli fundament europejskiego konceptu – jedność w różnorodności – ma pozostać nienaruszony i służyć dalszej konsolidacji Wspólnoty Wolnych Narodów – Wspólnoty Pokoju. Ta jedność – to fundamentalne zasady ustrojowe, demokratyczne rządy prawa. To nie złośliwy Frank Timmermans, ani nawet J-C Juncker, ani nawet cała Komisja Europejska, która się na Polskę Jarosława Kaczyńskiego zawzięła. To presja państw tworzących tą Niepowtarzalną Wspólnotę i ich obywateli. To reakcja na „wyraźne ryzyko poważnego naruszania wartości europejskich” przez jedno z państw członkowskich, które doprowadzić może do zarysowania się fundamentu europejskiego konceptu – reakcja w lęku przed załamaniem się powszechnie akceptowanego europejskiego ładu, przed trucizną, która będzie go od wewnątrz wyniszczać.

Nie trzeba nawet mozolnie doszukiwać się tej trucizny w „stanowieniu prawa” przez sprawujących władzę w Rzeczypospolitej: ona mieści się w oficjalnej narracji prezentującej wizję postrzeganej przez nich rzeczywistości. To „chora Europa” i dziejowa misja postawionego ponad prawem Wielkiego Narodu, aby ją uzdrowić. To przecież obłędny „pomysł na Polskę” Jarosława Kaczyńskiego, z usiłowaniem jego realizacji począwszy od „marszu na Belweder” w roku 1990, poprzez Porozumienie Centrum, eksponowaną antysystemowość podczas całego procesu mozolnego budowania III RP, cały – nieskrywany przecież – program partii PiS. Patrzyliśmy na to wszyscy, a nie chcieliśmy zobaczyć. Słyszeliśmy wszyscy – 20 milionów wyborców – przestrogi przed październikowymi wyborami 2015, a nie chcieliśmy usłyszeć. I stało się: coś, co w drodze demokratycznych procesów jest już nieodwracalne. Bo z przestrzeni publicznej wyprowadzona została demokracja.

W ciągu ostatniej doby usłyszeliśmy dziesiątki, jak nie setki, profesjonalnych komentarzy tego, co przydarzyło się Polsce w dniu 20 grudnia 2017: wystawienia mojego kraju pod pręgierz publiczny na oczach całego świata za sprawą jednego człowieka, któremu udało się przebiegle uzyskać władzę dyktatora i przez grono jego spolegliwych akolitów. Nie mnie cokolwiek do tych komentarzy dodawać: ja tylko wyję z bólu i ten ból z siebie wyrzucam. Atoli przywołać pragnę najgłębsze przyczyny tego bólu i wstydu, przytaczając opinie wiarygodnych autorytetów, z którymi się identyfikuję – to m.in. prof. Kazimierz Michał Ujazdowski, polityk polskiej prawicy, założyciel Ruchu Wolnej Polsk, to prof. Marcin Król, uznany na świecie filozof idei, zdeklarowany republikanin (wydawaną przez niego „Res Publica” czytywałem jeszcze w jej podziemnej wersji w latach 80-tych), któremu daleko do neoliberalizmu, o lewicy nie mówiąc, to również lewicowy polityk, ale przede wszystkim rzetelny naukowiec, prof. Karol Modzelewski. A oto one: za sprawą tej władzy wykluczamy się z rodziny cywilizowanych państw Zachodu. Za sprawą tej władzy Polska ponosi  nieodwracalne straty polityczne, prestiżowe, wizerunkowe i gospodarcze. Polska staje się państwem autorytarnym (tak widzą to zarówno Ujazdowski jak Modzelewski). Państwo polskie stało się już tyranią – tyranią większości, tyranią głupców i kłamców (to Marcin Król). Tyranią, która zagraża fundamentalnym prawom człowieka. Tyranią bezbożną. Tyranią łamiącą podstawowe zasady wspólnoty.

„Gdzie są te kłamstwa?” – dociekliwie pyta znana dziennikarka prowadząca program telewizyjny, żeby słów nie pozostawić bez pokrycia. „To kłamstwo nieustające” – pada odpowiedź po chwili namysłu. Kłamstwo jako metoda, jako narzędzie do  zyskania akceptacji dla sprawowania – w sposób niekontrolowany – pełni władzy. To pasmo przekazywanych  nieustannie opinii publicznej „faktów kłamliwych”. Ich zbiory – to kłamstwo o III RP, o Europie, o historii, o wielkości dumnego narodu, o rosnącej pozycji w świecie Polski, której los we wspólnocie europejskiej uzależniony jest od „widzi mi się” sprytnego przywódcy niewielkiego kraju.

Unia Europejska, której wciąż jesteśmy „traktatową cząstką” – żeby nie utracić swojej cnoty, żeby nie sprzeniewierzyć się wartościom, na których wciąż jest budowana – nie może na to wszystko nie zareagować. Czyni to – zgodnie ze swymi niezłomnymi zasadami – w oparci o traktaty, wciąż jednak z powściągliwością, wciąż pozostawiając przestrzeń do rozmów i „wdrożenia działań naprawczych” w stosunku do 13 ustaw naruszających całą strukturę systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Po wyczerpaniu możliwości nakłonienia władz RP do podjęcia „działań naprawczych” w ramach „procedury ochrony praworządności” wdrożonej przez Komisję Europejską w połowie stycznia 2016 – licznych rozmów, wymiany korespondencji, a w tym trzech „zaleceń”, które nie doczekały się wykonania – pozostała już tylko możliwość zwrócenia się przez Komisję do Rady UE z wnioskiem o to dramatyczne stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszania wartości europejskich”. To na razie tylko wniosek, w dodatku z równoległym, kolejnym, skierowanym do Polski, „zaleceniem” dającym szanse na jego wycofanie. A gdyby i tym razem adresat pozostał głuchy i Rada UE przystąpiłaby do procedowania nad wnioskiem Komisji, będą mu towarzyszyły dalsze rozmowy Rady z polskim rządem i sformułowanie kolejnego „zalecenia”. Do stwierdzenia doszłoby dopiero wtedy, kiedy głuchota okazałaby się tym razem już nieuleczalna. Ale to stwierdzenie – to jeszcze nie żadne sankcje wobec Polski: to tylko podstawa do zwrócenia się Rady UE do Rady Europejskiej o ich wprowadzenie, co wiąże się z otwarciem kolejnej procedury, kolejnych rozmów, „zaleceń” etc. A finał tej procedury – bardzo mało prawdopodobny – to formalne pozbawienie Polski głosu tam, gdzie zapadają decyzje o funkcjonowaniu Wspólnoty. O „wyrzuceniu” nie ma mowy – tego żadne unijne procedury nie przewidują.

Tak więc niespiesznie, w oparciu o prawo uchwalone zgodnie przez przedstawicieli 28 państw, działa w obronie swoich wartości ta straszna Unia czyhająca na suwerenność Wielkiego Narodu. Może więc zasadna jest pogardliwa narracja przedstawicieli państwa „atakowanego” przez unijne instytucje: „nic nam nie zrobią”? Bo cóż niby mieliby „zrobić” ci „oni”, którym nie chodzi o nic innego, jak tylko o zachowanie jednorodności ustrojowej członków Wspólnoty i o dominację w niej prawa?  Tymczasem owo państwo – moje państwo! – którego powinnością jest między innymi przysparzanie mi satysfakcji – może nawet dumy – z szacunku, jakim jest darzone, przysparza mi palącego wstydu za sprowadzenie tego szacunku do zera, za stanie się pośmiewiskiem, pierwszym organizmem, wobec którego – po 60. latach istnienia Wspólnoty i ćwierćwieczu Unii – niezbędne okazało się wdrożenie poniżających unijnych procedur. Tymczasem owo państwo – moje państwo! – które ma pełną gębę suwerenności, suwerenność tą osłabia ukazując swoją szpetną twarz toksycznego nacjonalisty, antagonizując wspólnotowych partnerów, odmawiając wspólnotowej solidarności, odmawiając kompromisów, samo sprowadzając do zera wagę swego głosu w nieustannych unijnych negocjacjach. Trzeba być ślepcem, żeby nie postrzegać, iż jest to prosta droga – w nieodległej perspektywie – do pogarszania się komfortu życia i dobrobytu polskiej wspólnoty, ale także do zagrożenia moich „praw podstawowych”, których gwarantem są instytucje unijne.

Podobno nadzieja umiera ostatnia: są wciąż szanse na „wdrożenie działań naprawczych” – na powrót do unijnych standardów, do czego unijne gremia będą uparcie namawiać zagubione polskie państwo członkowskie tak długo, jak tylko będą na to pozwalać niespieszne unijne procedury. Czy jednak da się połączyć wodę z ogniem – fundamentalną unijną wartość, jaką jest demokratyczne państwo prawa z obłędną koncepcją „samotnej wyspy”,  katolickiego państwa narodu polskiego z jego dziejową misją naprawy i chrystianizacji Europy, dla której wdrożenia cel zdaje się uświęcać wszelkie, nawet najbardziej podłe środki? Której nie da się już – zdaniem wielu – wyeliminować z polskiej przestrzeni drogą demokratycznych przemian, a trzeba będzie ją kiedyś – w nie dającej się przewidzieć przyszłości – „przepędzić”?

Za odpowiedź – konia z rzędem!

Dzień Praw Człowieka 2017 – Kongres Naszych Praw

10 grudnia – Powszechna Deklaracja, Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka – był dla mnie „od zawsze” jednym z tych dni, o których się pamięta. W tym roku jest jednak inaczej: ta pamięć i związana z nią refleksja jest jakby głębsza, waga treści tego, o czym w tym dniu wspominamy – większa, wplatająca się w naszą smutną codzienność. Daje temu wyraz wielość organizowanych wokół tego dnia wydarzeń w różnych obszarach i na różnych piętrach: jedno z nich to bliski mi, organizowany przez Amnesty International, Maraton Pisania Listów. Na piętrze najwyższym sytuuje się zorganizowany nie przypadkowo w przeddzień 10 grudnia – dla upamiętnienia 30 rocznicy funkcjonowania Urzędu RPO – I Kongres Praw Obywatelskich. Warto przypomnieć: prawa obywatelskie – to treść marzeń wielu pokoleń, to wartości nabyte wraz z zaistnieniem III Rzeczypospolitej, z których dumnie korzystaliśmy przez ubiegłe ćwierćwiecze, a które dramatycznie nam teraz umykają. Organizujący to wydarzenie Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Adam Bodnar, znakomicie odczytał „znaki czasu” i bezbłędnie dobrał współorganizatora – Biuro ds. Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE. Mogę sobie wyobrazić, że świadomość, iż to na jego barkach spocznie teraz cały ciężar odpowiedzialności za obronę tych wartości, musi być powalająca. W moim odczuciu, ten Kongres – to poszukiwanie koalicji, to alert, to gwizdek na zbiórkę wszystkich ludzi dobrej woli, którym te wartości są drogie, w tym wielu istniejących wciąż przecież autorytetów, z przesłaniem, aby w niesieniu tego nieprawdopodobnego ciężaru – na miarę swoich możliwości – uczestniczyli.

I wydaje mi się, że stawili się wszyscy, bo nie brakło mi nikogo, kogo pragnąłbym na tym wielkim prawoczłowieczym i obywatelskim wydarzeniu zobaczyć. Co więcej, na sesji inauguracyjnej nie zbrakło głosów wsparcia i  uznania dla polskiego Ombudsmana ze strony wszystkich chyba liczących się światowych i europejskich instytucji ochrony praw człowieka, od przedstawicielki Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka począwszy, poprzez Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich, przedstawicieli Międzynarodowego Instytutu Ombudsmana, Europejskiej Sieci Krajowych Instytucji Praw Człowieka, Agencji Praw Podstawowych UE, po znakomity wykład inauguracyjny Komisarza Praw Człowieka Rady Europy.

Nie sposób wymienić tu nawet wszystkich kongresowych sesji plenarnych, nie mówiąc o 30 sesjach panelowych, na których wybitne osobistości wprowadzały do obywatelskich debat na tematy uniwersalne dotyczące ochrony praw obywatelskich i przestrzegania praw człowieka, ale też zawężone do konkretnych zagadnień takich jak prawa lokatorów, prawa pacjenta, partycypacja – konsultacja – procedury, równe traktowanie, ruchy samopomocowe, Chrześcijanie wobec praw człowieka, ofiary tortur w ośrodkach dla cudzoziemców, wyzwania bioetyczne, jak uczyć o Konstytucji i prawach człowieka: to tylko przykłady szerokiego spektrum kongresowych treści. I ani słowa w tym o polityce – debata kongresowa dotyczyła wyłącznie wartości, choć polityka nieuchronnie unosiła się gdzieś w powietrzu jak obłok; a może raczej jak grożąca w każdej chwili ulewą deszczowa chmura. Może z jednym wyjątkiem: treścią listu od Prezydenta RP odczytanego na sesji inauguracyjnej przez średniego szczebla przedstawiciela prezydenckiej kancelarii – pełnego frazesów, mylącego rzeczywistości, przesłanego jakby z innej galaktyki.

Nie sposób też wymienić osobistości zasiadające w panelach i zabierające głos w dyskusjach, choć wiele z tych głosów chciałoby się wręcz cytować i uczyć się ich na pamięć. Robię wyjątek – dla „Panelu Rzeczników – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość”.

Bo głosy prof. Ewy Łętowskiej, prof. Ireny Lipowicz, prof. Andrzeja Zolla, prof.. Adama Zielińskiego, wypowiedź zmarłego dr Janusza Kochanowskiego (katastrofa smoleńska), dr Adama Bodnara – to nieoceniona suma doświadczeń dotychczasowego zmagania się z przestrzeganiem w Polsce praw człowieka, a równocześnie słowa przestrogi i dramatyczny apel o obywatelską postawę i odwagę do obrony wartości. Choćby to: „…gdy prawo śpi – budzą się demony…”

Nie sposób było mi wymienić kongresowych wydarzeń i osobistości, tym bardziej nie sposób było uczestniczyć choćby w połowie odbywających się równolegle kongresowych paneli: wybór był niezwykle trudny. Wybrałem sesje z udziałem m.in. prof. Moniki Płatek, Krystyny Starczewskiej, prof. Andrzeja Friszke, prof. Andrzeja Rzeplińskiego.

Cóż mogę z tej uczty duchowej w największym skrócie przekazać? Może choć kilka myśli: … nigdy nie było większych mordów niż w czasach, kiedy eksponowany był naród…, …fundamentalne prawo człowieka – to prawo do bycia sobą…, …budujmy świat, w którym nikt nie jest samotny, bowiem pojęcie solidarności jest oczywistością…, …polonocentryczna opowieść o świecie jest opowieścią fałszywą…, …media bywały państwowe, rządowe, partyjne – o publiczne trzeba wciąż walczyć…, …zmiany pór roku są prawidłowością: dla praw człowieka zaczęła się zima, czekamy na nadejście wiosny… W tym duchu dr Adam  Bodnar zamknął obrady Kongresu słowami: „nadzieja umiera ostatnia”.

A była jeszcze do obejrzenia wystawa przygotowana przez Biuro RPO – sylwetki osób udekorowanych przez Rzecznika medalem za działalność na rzecz utrwalania praw obywatelskich: cóż za bogactwo ludzkich inicjatyw, zaangażowania, ofiarności! Więc może jednak damy radę? Jeśli jednym z celów Kongresu było umocnienie wiary w taką właśnie konkluzję – myślę, że cel został osiągnięty i nie znajduję słów, aby wyrazić za to dr Bodnarowi swoją obywatelską wdzięczność i uznanie..

Jeszcze nie jest za późno… z przesłaniem Wiktora Woroszylskiego

Udostępniłem na swojej „ściance” apel wzywający do uczestniczenia w jutrzejszym proteście przed Pałacem na Krakowskim Przedmieściu. Gdyby jednak ktokolwiek zadał mi pytanie, czy liczę na to, że ten protest powstrzyma sprawujących władzę od czegokolwiek – od ostatecznej destrukcji państwa prawa, od zadania kolejnego ciosu ustrojowej  demokracji, odpowiem szczerze: na to nie liczę. Skąd więc to moje żarliwe wsparcie udziału w proteście? Bo myślę, że nie wykrzyczenie obywatelskiej niezgody byłoby kapitulacją wobec rządów bezprawia, byłoby przyzwoleniem na toczenie się tego walca, który – wbrew Konstytucji – zmienia ustrój państwa. Bo traktuję ten protest jako alert, jako krzyk – oby wybrzmiał w całej Polsce! – przypominający dramatyczny apel, jaki pozostawił nam w swoim testamencie Piotr Sz.: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno.”

Dodaję od siebie: jeszcze nie jest za późno na uratowanie kraju przed ostateczną katastrofą, przed petryfikacją, utrwaleniem, zacementowaniem na dziesięciolecia tego wszystkiego, co przyniosła Polsce przeklęta „dobra zmiana”. Temu jednak nie da rady parutysięczna garstka tych, którzy nie popadli w letarg: to może się stać wtedy tylko, jeśli wykrzykujących swoją niezgodę będzie milion! Więc „Obudźcie się!”  Ten krzyk, który winien wybrzmieć jutro w całej Polsce, jest  dla mnie podstawowym motywem udziału w tym proteście, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby zbrakło w nim również mojego głosu.

Katastrofa, która nam grozi, różnie definiowana jest przez liderów opozycji zabierających głos ze „sceny” bądź w przekazie medialnym. Ja chciałbym dorzucić głos poety, który – wydaje mi się, jak żaden inny – trafia w sedno. A oto on:

Wiktor Woroszylski

Państwa faszystowskie

(z tomu poezji „Zagłada gatunków”, 1970)

Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie  W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość  W oborach
łagodnie ryczało bydło  Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło  Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem  Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego  Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle  W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie  Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach.

I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnym wietrze
w zaroślach  I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że…

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych
wielu było ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy nie mieli z tym nic wspólnego

i którzy nawet nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc  My przynajmniej nie robimy nic złego

żyjemy jak żyliśmy zawsze  Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

 

na zgliszczach Święta Niepodległości

Minęło już trzy doby od 11.11, dnia narodowego wzmożenia, a wciąż nie dało rady, żeby ogarnąć myśli i uporządkować refleksje po tym, co słyszałem i widziałem, po tym, co się wydarzyło i po kakofonii słów, jakie padały ze scen i oficjalnych trybun. Będzie więc chaotycznie, ale muszę to z siebie wyrzucić, bo ciąży, bo boli, bo napawa wstydem, bo wzbudza poczucie winy, że to może ja coś zaniedbałem, że to może moje pokolenie czegoś nie dostrzegło doprowadzając tym do skraju katastrofy.

Zaczęło się od rozmowy z grupą sympatycznych młodych ludzi po tym, jak wysiadłem z pociągu: chłopak niesie zwiniętą jeszcze flagę, dziewczyna niewprawnie zapala papierosa. „Idziecie na manifestację?…Którą?” „Niepodległości”. „Dlaczego właśnie na tą?” Dziewczyna chichocze: „Podobno jest tam wesoło… i coś się dzieje… chłopcy robią dobre wrażenie…” Takich grup wokół „Centralnego” jest dziesiątki – jak nie setki. Są roześmiani, idą na spotkanie przygody.

Plac Zamkowy, manifestacja pod hasłem „Niepodległa, europejska”. Przemawia Bronisław Komorowski – mówi o radosnym święcie, o patriotycznych wartościach, o Europie, o zagrożeniach, z jakimi się zmagamy. Lider organizacji, która wciąż żyje mitem przywództwa „chodnikowej opozycji”, ma mniej do powiedzenia – nawiązuje do „solidarnościowej” spuścizny i swoim w niej chwalebnym udziale. Prawnicy mówią o Konstytucji sięgając do historii II RP i przestróg, jakie z niej wynikają. Świetne przemówienie wygłasza działaczka KOD wzywając do jedności wobec kurczącej się demokracji, narastającego autorytaryzmu, symptomów faszyzacji kraju. Uczestnicy zwołanego przez KOD radosnego świętowania – to może 1000 osób, wśród nich politycy – Petru, Kalisz, Trzaskowski: w roku ubiegłym na takim świętowaniu było nas co najmniej trzydziestokrotnie więcej. No, ale splendor był: wzdłuż Podwala i we wszelkich możliwych zaułkach kilkadziesiąt policyjnych suk, które – „w razie czego” – mogłyby wchłonąć bez nadmiernego stłoczenia wszystkich demonstrantów. Niby radośnie, a tak jakoś strasznie smutno…

Nie łatwo przemieścić się stąd na Plac Politechniki – główne arterie zamknięte dla ruchu kołowego, komunikacja nie funkcjonuje – ale jakoś się udało. Manifestacja antyfaszystowska pod hasłem „Za wolność naszą i waszą”: tłum nieco liczniejszy, ale tylko nieco – szacowany później na około 3000, zważywszy liczbę organizacji i przeróżnych „inicjatyw” biorących w niej udział – to garstka. Są flagi narodowe i europejskie, czarne (Antifa) i tęczowe, są „Zieloni”, „Razem”, „Razem przeciw rasizmowi”, „Dom otwarty” (dla uchodźców!), „Pracownicza demokracja”, dużo „czarnych parasolek”, jest też KOD i OdNova – nieliczne grupy idące tak z dala od siebie, jak to tylko możliwe. Są robiący hałas bębniarze (kilka grup), animatorka poddaje antyfaszystowskie hasła. Marsz idzie, dość chaotycznie, ulicą Nowowiejską, przez Plac Zbawiciela, Mokotowską – docelowo pod Sejm; towarzyszą mu dziesiątki policyjnych suk. Ma być „razem”, a jest dość wyraźnie w podgrupach, ma być radośnie – są nawet jakieś śpiewanki, ale radośnie (tak, jak pamiętamy to z wielkich marszów KOD-owskich) nie jest! Coś się stało! Cos pękło!

Jest dłuższy „stop” na Placu Trzech Krzyży, wieje, jest zimno – nikt nie wie, po co; w zamierzeniu po to chyba, żeby nasze wykrzykiwane antyfaszystowskie hasła dotarły do przemieszczającego się (w domyśle) gdzieś nieopodal marszu narodowców. Złudne nadzieje. Nasze okrzyki – to tylko szept wobec tamtej, wielotysięcznej masy, która idzie jak burza, chronioną trasą, wzywając Boga i modląc się do Niego o zagładę dla nie-współplemieńców.

O tym dowiadujemy się tu właśnie, z włączonych smartfonów relacjonujących Marsz Niepodległości. Czytamy transparenty: „My chcemy Boga”, „Czysta krew”, „Biała siła – Ku Klux Klan”, „Śmierć wrogom ojczyzny!”, „Narodowy socjalizm”, „Modlimy się o holokaust dla islamu”. Jezus Maria! Oni się modlą o ZAGŁADĘ, o to, żeby ich Bóg sprawił, że fale morskie pochłoną miliony istnień ludzkich jak wtedy, kiedy Bóg Izraela zatopił jego egipskich prześladowców, wszystkich, co do nogi, z ich końmi i zbroją! Losów Izraela już nie pomnąc! I z nimi idzie ta dziewczyna, z którą rozmawiałem przed „Centralnym”, która dołączyła tam, „bo jest wesoło”, „bo coś się dzieje”. I ta Zosia ze świetnego reportażu w „Wyborczej” – „Nasz pierwszy raz na Marszu Niepodległości”, która tam się wybierała „trochę tak dla beki”, na złość rodzicom, zamożnym lekarzom, którzy głosują na „Nowoczesną” i chcą ją wysłać na medyczne studia we Francji, a ona nie chce, bo chce być w Polsce aktorką. I całe rodziny wzmożonych narodowo mieszczan, które są tam z dziećmi, żeby ich nauczyć patriotyzmu! Czy dołączają do okrzyków wznoszonych przez organizatorów tego tragicznego spektaklu: „Polska dla Polaków”, „Śmierć wrogom”, „Raz sierpem, raz młotem…”, „Cała Polska śpiewa z nami / wypier…. z uchodźcami”? Czy widzą, jak chłopcy, którzy „robią dobre wrażenie”, z biało-czerwonymi opaskami na ramionach ze świętym dla mnie symbolem Polski Walczącej,  podnoszą w górę łapska w nazistowskim pozdrowieniu wykrzykując „Sieg heil”? Czy tego nie słyszą, czy też odnajdują się w ten sposób w narodowej wspólnocie czując moc, bo „ci chłopcy mają jaja – nie to, co Tusk”, bo stąd spływa na nich narodowa duma? Jezus Maria!

Smartfony pokazują dalej sceny, które bardziej jeszcze mrożą krew w żyłach. Garstka ludzi, w tym niezwykle dzielnych kobiet siedzących na jezdni naprzeciw nieprzebranego tłumu: to tylko oni, tak naprawdę, mówią swoje „non possumus”. Kobiety są lżone, opluwane, kopane, ciągnięte plecami po asfalcie. Stróży prawa w pobliżu nie ma, niesforni osobnicy korzystający ze swego niezbywalnego prawa obywatelskiego protestu zdani są na łaskę tłumu: tysiące stróżów prawa i setki policyjnych suk są tam, gdzie garstka pokrzykujących  „że się nie zgadzają” chce – wbrew wszystkiemu  – obchodzić radosne święto. Są tam tak na wszelki wypadek, żeby „w razie czego…”. Tu nie muszą. Tu są swojacy, a im wolno.  Policja pojawia się dopiero po dłuższej chwili od momentu, kiedy zaistniały „incydenty”. Nie po to, żeby bronić kopanych współobywateli: po to, żeby zatrzymać wichrzycieli, którzy zakłócają legalny marsz. Wrzucić „na dołek”, spisać, później postawić zarzuty. Nawiasem mówiąc – znam ten „dołek” na Wilczej, sprzed 30. lat, „wykupywałem” stamtąd „młodocianych przestępców”, NZS-owską młodzież rozrzucającą ulotki. Jakież to figlarna historia zatacza koło…

Im wolno… Przyzwolenie – żeby było aktualne – dobiega już tego samego dnia, z Krakowa. Zawarte jest w publicznym głosie „pierwszego posła RP”, którego wola stanowi prawo – bo tak wyszło… Prezes rządzącej partii, przywołując dawno już zarządzoną retorykę, oznajmia całemu światu, że Europa jest chora, a Polska jest wielkim krajem, Polacy – wielkim narodem, i że to ten naród uzdrowi chorą Europę. Ten proces uzdrawiania – to przecież wypisz wymaluj patriotycznie wzmożony warszawski Marsz Niepodległości: klocki lego co prawda dość szeroko rozrzucone, ale przecież kontury układanki widać jak na dłoni. Słowa prezesa nie tylko łechcą narodową dumę: dają suwerenowi poczucie, że jest super-narodem, po latach dzielących nas od romantyzmu i retoryki narodowych wieszczów – znów Chrystusem narodów. I jakże się to wpisuje w przewodnie hasło warszawskiego marszu: „My chcemy Boga” – takiego, który „zniszczy wroga”, sprowadzi zagładę na tych, którzy czyhają na naszą „naszość”! A co z tym Bogiem, którego wyznają miliony chrześcijan (i nie tylko), w którego i ja pragnę wierzyć, który niesie uniwersalne przesłanie miłości i pojednania, którego znakiem rozpoznawczym jest „caritas”? Wyrzucony został na śmietnik, czy tylko schowany pod dywan, bo nie pasuje do obłędnej wizji mściwego, nie lubiącego świata poza własnym plemieniem, szaleńca?

Na reakcję Europy, którą władający Polską prezes chce uzdrowić mocą polskiego toksycznego nacjonalizmu, nie trzeba było długo czekać – i żeby tylko Europy! Reakcję nie na słowa prezesa, bo te na żadną reakcję nie zasługują poza domniemaniem uporczywej obsesji bądź początków paranoi: reakcję na to, co wydarzyło się w Warszawie nie tylko w dniu polskiego Święta Niepodległości, również w dniu, który świat zachodni pamięta jako rocznicę zakończenia okrutnej Wielkiej Wojny. Europa postrzegła to wydarzenie jako najliczniejsze po „drugiej światowej” zgromadzenie pogrobowców faszyzmu o aspekcie międzynarodowym, bo z czynnym udziałem najbardziej znanych piewców faszystowskiej wizji świata – przedstawicieli m.in. włoskiej Forza Nova, węgierskiego Jobbiku, „Naszej Słowacji”. Jak wynika z doniesień medialnych, zaniepokojona Europa wstrzymała oddech ze zdziwienia, że mogło to się zdarzyć w stolicy kraju tak okrutnie dotkniętego skutkami niszczycielskiej faszystowskiej ekspansji. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że – w wielu europejskich stolicach – dla Polski, mojej Polski, do tak niedawna powszechnie cenionej za przezwyciężenie narodowych słabości, za „Solidarność”, bezkrwawy Okrągły Stół, za akty pojednania, za sukcesy w procesie ustrojowej transformacji, zapalają się kolejne czerwone światła. I jak tu żyć, we wstydzie, w upokorzeniu faktem, że przeciw sześćdziesięciu tysiącom idącym pod rasistowskimi, ksenofobicznymi hasłami z przesłaniem nienawiści wyszło tylko sześćdziesięciu śmiałków? Na to pytanie dał odpowiedź chyba tylko jeden człowiek, którego wśród nas już zabrakło, Piotr Szczęsny. Jakże dla niego szczęśliwie, że nie był świadomy faktu, iż w żadnym leksykonie nie ma słów, które w pełni trafiałyby do wyobraźni adresatów jego tragicznego testamentu. To o tym jest właśnie dramatyczny miłoszowy poemat, „Campo di Fiori”, uparcie przytaczany w tekstach i publicznych wypowiedziach Obywatela RP, Pawła Kasprzaka.

Apel kończący przesłanie Szarego Człowieka, „Obudźcie się!”, na pewno nie dotarł w kontekście wydarzeń w Dniu Niepodległości do konstytucyjnych władz Rzeczypospolitej. Najpierw minister odpowiedzialny za ład publiczny, urzeczony morzem narodowych flag i strzelających rac, wyraził swój zachwyt słowami „piękny widok!” – transparentów i haseł łamiących art. 13 Konstytucji nie zauważył, takie tam mało ważne imponderabilia. Co więcej, minister od policji niefrasobliwie zapomniał, że – w świetle wypracowanej przez jego resort, łamiącej Konstytucję, Ustawy o Zgromadzeniach – posiadanie przez uczestników manifestacji materiałów pirotechnicznych jest zakazane i podlega surowej penalizacji, nie mówiąc już o ich użyciu. Ten spektakl nienawiści pochwalił publicznie również minister od obrony. Zachwytu nad patriotyzmem polskiej młodzieży nie ukrywała też partyjna telewizja entuzjastycznie pokazując przez cały kolejny dzień rozświetlony patriotycznymi racami Stadion Narodowy. Odrobinę opamiętania przyszło dopiero dnia trzeciego, kiedy  zreflektował się przywołany do porządku reakcją zagranicy Pierwszy Obywatel, Prezydent RP. Nie to znów, żeby Prezydent potępił marsz – byłoby to dla 45 procent polskiego elektoratu zbyt szokujące: Prezydent się zdystansował. Wygłosił kolejną formułkę, że w Polsce na rasizm i ksenofobię nie ma miejsca; to zresztą kolejne kłamstwo tej władzy, bo takie miejsce jest, bo bez jej wyraźnego przyzwolenia – mimo, że partyjne obchody Święta przeniesione zostały taktycznie do Krakowa – do tej erupcji nienawiści rasowej, ani do eksponowania toksycznego nacjonalizmu, dojść by nie mogło, policja nie demonstrowałaby pokazu siły wokół świętujących inaczej pozostawiając „patriotów” samym sobie, a prokurator zająłby się z urzędu długą listą przestępstw, jakich się dopuścili. Więc Prezydent nie  usprawiedliwiał – naraziłby się tym na frontalną krytykę kolejnych 45 procent swoich wyborców. Prezydent tylko minimalizował. Wydarzenie, które do czerwoności rozgrzało – w tę czy inną stronę – polską debatę publiczną, które spowodowało ostrą reakcję światowych mediów, nazwał… incydentem. Jakaś grupa nieodpowiedzialnych ekstremistów… jakiś wybryk radykałów, których znaleźć można w całej Europie.

Tymczasem radykalni patrioci chodzą sobie bezkarnie po ulicach polskich miast, szyją kolejne flagi z faszystowskim znakiem Falangi i Krzyżem Celtyckim, które powiozą do częstochowskiego Sanktuarium, gdzie uczynni bracia Paulini pomogą im rozwiesić je na klasztornych murach, i na każdym kroku śmieją nam się w twarz jakby mówili: „I co nam zrobicie? Bo przyszedł w końcu nasz czas, bo teraz k… my!” A „robiący dobre wrażenie” chłopcy, których z aprobatą wspominała moja młoda, sympatyczna rozmówczyni przed Dworcem Centralnym, schludni, grzeczni, inteligentni, zaproszeni zostali do telewizji publicznej, gdzie przekonywali, że oni też są przeciw „etnicznemu rasizmowi” – oni tylko promują „rasowy separatyzm” i „homogeniczny solidaryzm”. Że na transparentach było inaczej? Bo na manifestacji trzeba wyraziście, nawet jeśli jest w tym trochę przesady. A poza tym – cóż w tym złego, że w swojej retoryce przywołują naród, jego dumę, jego wielkość? To przecież patriotyzm, tego etniczni Polacy oczekują; przecież tak też mówią w Sejmie, słyszą to z ust polityków. Cieszą się, że wreszcie nie ma tej „pedagogiki wstydu”, tego ciągłego „przepraszam”. Walczyliśmy najdzielniej, a skrzywdzeni zostaliśmy najdotkliwiej: Żydzi uzyskali od Niemców wojenne reparacje, Francuzi dostali – a my co? Ale Polacy pokażą jeszcze Europie, co potrafią…

Siła, duma, wielkość, naszość, naród… Jakże to przyciąga prymitywną prostotą, zero-jedynkowością, bezrefleksyjnością przekazu, jak zaczadza umysły, zatruwa wrażliwość młodych ludzi dokonujących dopiero życiowych wyborów. A jeśli mi ktoś powie, że to, co zobaczyli na Marszu Niepodległości i co usłyszeli w jego konsekwencji w publicznych mediach, to jeszcze nie jest faszyzm, który bez oporu, z aprobatą politycznych decydentów, zagnieżdża się w polskiej debacie publicznej, to ja proszę o odpowiedź, co nim jest!  I to jest właśnie ten grom z jasnego nieba, który powalił, przygniótł, wręcz sparaliżował: że to przydarzyło się w moim kraju, w Polsce, tak okrutnie doświadczonej skutkami faszyzmu, stojącej teraz w obliczu zagrożenia jakąś kolejną katastrofą.

Piotr Sz. woła: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!” A ja znów przywołam strofę Czesława Miłosza: „… nie jesteś jednak tak bezwolny / a choćbyś był jak kamień polny / lawina bieg od tego zmienia / po jakich toczy się kamieniach…” Więc można to jeszcze zatrzymać, katastrofie zapobiec! Tylko… do kogo dotrze ten apel Piotra, którego grom powalił i przygniótł śmiertelnie, czy ten apel poety, który wypełnia swoją misję i ostrzega przed najgorszym? Do ilu z tych, którzy słuchają, a wciąż nie słyszą, patrzą, a wciąż nie widzą? Do ilu z moich licznych znajomych, przyjaciół, sąsiadów, krewnych, którzy „bardzo nie lubią PiS-u”, czemu dają wyraz przy suto zastawionym biesiadnym stole szydząc z ministra czy Adriana, opowiadając dowcip o brzydkim prezesie wdrapującym się na drabinkę, wywołując tym oczekiwany rechot współbiesiadników? Ilu z nich dołączy do tej garstki śmiałków, świrów, „zakręconych”, do tych, którzy słuchają i słyszą, patrzą i widzą, dla których Konstytucja, sądy i trybunały nie są wartościami abstrakcyjnymi, jakie prostego człowieka nie dotyczą, którzy cierpną widząc niesione pod osłoną ogłupionej policji hasła „czysta krew”, „biała rasa”, „śmierć wrogom ojczyzny”, bo są świadomi, że te słowa, niewiele tylko trawestujące przesłania nienawiści, stygmatyzowanie wroga, plemienne podziały deklarowane jako program wielkiej narodowej odnowy przez rządzącego ponad prawem dyktatora, są zapowiedzią przerodzenia się ich w czyn. Co bardziej dziarscy chłopcy już to zapowiadali: w przyszłym roku wrócimy tu z bronią, mamy już zgodę wojewody!

Więc ilu dołączy, żeby było nas pół miliona, bo tyle było tych śmiałków, świrów, „zakręconych”, którzy tworzyli Polskie Państwo Podziemne – fenomen na światową skalę – wiedząc przecież, że „wolność krzyżami się mierzy” i że „historia ten jeden ma błąd”; tyle było tych, którzy tworzyli polską „Solidarność”, Pierwszą Kadrową w marszu ku obaleniu wszechpotężnej, komunistycznej dyktatury. A to tylko nieco więcej niż jeden procent Polaków, tych, dla których dzisiaj „zaangażowanie się dla wolności” nie byłoby nawet mierzona krzyżami, a tylko rezygnacją z „…urządzania się w ciemnej dupie…” (cytuję niesfornego Kisiela) – z dopilnowywania kręcącego się biznesu, z szybkiej kariery w „korpo”, może na jakiś czas z rodzinnej harmonii, bo żonie nie w smak, bo dzieci, bo zaniedbany ogród, bo nie pojedziemy na wymarzony  urlop. No, może jeszcze zimny prysznic z armatek wodnych (były w tym roku w odwodzie – widziałem, poznałem), kiedy przyjdzie stanąć murem naprzeciw narodowych troglodytów (w stolicy musiałoby nas być co najmniej sto tysięcy), bez kostek brukowych w dłoniach – Boże uchowaj, a taką masą „siły bezsilnych” (to z Havla), taką jedyną siłą, która powala mury. A wie o tym przecież każdy, kto ma choć odrobine historycznej wyobraźni.

Więc, czy nas jeszcze na to stać, czy też – wnioskując po garstce, która (jakże niespójnie) usiłowała radośnie świętować Dzień Niepodległości – daliśmy za wygraną, z góry przyzwoliliśmy narodowym oszołom, rodzimym faszystom wspieranym przez władzę odbudowującą Katolickie Państwo Narodu Polskiego, wtargnąć do naszych domów, naszych rodzin, naszych biznesów, całej naszej prywatności? Czy tak łatwo przyzwoliliśmy na odebranie sobie naszej obywatelskiej podmiotowości, naszego poczucia bezpieczeństwa i satysfakcji z przynależności do niepowtarzalnej europejskiej Wspólnoty Pokoju, Wspólnoty Wartości, Wspólnoty Losu wobec piętrzących się wyzwań?

To jest dla mnie pytanie fundamentalne – wręcz egzystencjalne – o to, czy życie może mieć jeszcze w ogóle sens, czy nie będzie dla mnie (jeśli będzie mi wciąż dane) takim przekleństwem, jakie stało się dla Piotra Sz., dla którego było już warte jedynie poświęcenia za dotarcie do rodaków z dramatycznym apelem; „Obudźcie się!”

I jeszcze tylko jedno: „Arena idei”, debata w gdańskim Europejskim Centrum Solidarności nt. patriotyzmu – program oglądało ponad milion widzów. Ktoś to skomentował: „Himalaje mądrości”. Z ust prof. Łętowskiej, prof.Bralczyka, O.Bonieckiego otrzymaliśmy – dokonaną pięknym językiem, z najwyższą klasą kultury – wykładnię fundamentalnych wartości, tych niezbywalnych, za obronę których brak ceny. W kontrze do tej wykładni znalazło się stanowisko prezydenckiego doradcy, znanego socjologa, prof. Zybertowicza, który – jak mantrę – powtarzał tylko ujętą w trzech punktach definicję patriotyzmu, jak podkreślał – definicję minimum. Owe punkty, to w skrócie (przytaczam je z zawodnej pamięci): nadrzędność suwerennej niepodległości, uznanie Kościoła Katolickiego jako czynnika dominującego w kształtowaniu się polskich losów od zarania państwowości i (niedookreślone) nie odwracanie się tyłem do historii. Jezus Maria!

Warszawa, 6 listopada: Szary Człowiek

Warszawa, 6 listopada… Dwa znaczące wydarzenia, niestety, dokładnie o tej samej porze. Nie wyobrażałem sobie, żeby w którymś z nich nie uczestniczyć.

Zacząłem od Centrum Konferencyjnego Zielna, spotkania z okazji czwartej rocznicy śmierci Tadeusza Mazowieckiego. Temat zaplanowanej debaty sformułowany został prowokacyjnie: „Czy zmieniać Konstytucję?” Organizatorami były instytucje, które współtworzył Tadeusz Mazowiecki: „Więź”, KIK, „Schuman”, dołączyło Centrum Edukacji Obywatelskiej, „Konrad Adenauer”. W panelu wybitni konstytucjonaliści z Polski, Węgier, Litwy, Czech. Sędziwy prof. Mirosław Wyrzykowski, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego, w słowie wstępnym przybliży obecnym na tym spotkaniu (a nam, seniorom, przypomniał) wyboistą drogę, jaka wiodła do uchwalenia Konstytucji III Rzeczpospolitej Polskiej: od jednomyślnego przegłosowania przez Zgromadzenie Narodowe, w grudniu 1989, ustawy zmieniającej ustrój państwa, poprzez małą Konstytucję z roku 1992, trwającą pięć lat debatę narodową, referendum konstytucyjne, po uchwalenie w kwietniu 1997 Ustawy Zasadniczej. Walce o jej kształt, o dominację w niej prawa ponad wszystkimi innymi zasadami konstytucyjnymi – w tym równego prawa do wolności obywatelskich i uniwersalnych praw człowieka, o monteskiuszowski trójpodział władzy, przewodził przez cały ten czas mąż stanu, jakiego dała nam historia, Tadeusz Mazowiecki. I to w głównej mierze jego piórem skreślona została przepiękna preambuła do Aktu Konstytucyjnego, stanowiąca jakby esencję jego głęboko przemyślanej koncepcji społeczno-politycznej łączącej wartości chrześcijańskie z myślą oświeceniową – podglebie europejskiej kultury i cywilizacji. Myślę sobie, że jeśli kto szuka źródeł dumy narodowej – to jest nimi właśnie ten tekst, zrodzony tu, w sercu Polski. I myślę sobie również, że nazwanie Konstytucji III RP – konstruowanej mozolnie i w trudzie wobec głosów sprzeciwu, z przewodnią myślą o Człowieku, jego przyrodzonej wolności i równości wobec prawa – „postkomunistyczną” jest szczytem podłości i kłamstwa zatruwających – za sprawą „dobrej zmiany” – polską scenę społeczno-polityczną i umysły Polaków.

Były później głosy konstytucjonalistów z państw ościennych, które – podobnie jak Polska – konfrontowały się z arcytrudnymi problemami transformacji, mówiące z uznaniem o wpływie myśli społeczno-politycznej Tadeusza Mazowieckiego na definiowanie koncepcji ustrojowych w ich krajach i kształt uchwalanych ustaw zasadniczych. Był znakomity przekaz prof. Attila Antala z Węgier o „igrzyskach z konstytucją”, jakie prowadziła rządząca partia Fidesz. Były i inne głosy troski o przyszłość z trudem wypracowanych ustaw zasadniczych definiujących demokratyczne państwo prawa w świetle narastającej fali populistycznego nacjonalizmu, których do końca nie wysłuchałem.

Dołączyłem do wąskiego strumienia ludzi: snuł się tak, „gęsiego”, wzdłuż Jerozolimskich, tuż przy krawężniku, podobno od pół godziny. Widok mało spektakularny – bez transparentów, co najwyżej z przyczepioną do płaszcza kartką A4 z napisem „ja, szary człowiek”; pasażerowie mijających nas samochodów, które musiały nieco przyhamować, nie ukrywali zniecierpliwienia, gapie na chodniku nie szczędzili złośliwych uwag. Smutno. A ta garstka upartych oddających hołd ofierze, która – kosztem życia – chciał „obudzić sumienia”, szła, aby pod siedzibą rządzącej partii po raz kolejny wysłuchać testamentu Piotra Szczęsnego i wykrzyczeć wielokrotnie powtarzane przez Niego słowo „protestuję”. Było nas podobno około trzech tysięcy – w Paryżu, w takiej sytuacji, byłoby zapewne trzysta: to stanowczo za mało, aby wykrzyczane słowo przebiło się przez mury zawłaszczonego na Nowogrodzkiej budynku i trafiło do uszu rządzących stąd Polską.

I tu zaczynają się moje problemy z Piotrem Szczęsnym. W sposób przemyślany, niezwykle trafnie sformułowany protest. Najwyższa ofiara, przed którą chylę czoła, zrodzona z nadzwyczajnej wrażliwości na losy kraju, z egzystencjalnej niezgody na kłamstwo, podłość, cynizm. Doskonale zdefiniowany jej cel: „budzić sumienia”. Zadaję sobie pytanie, czy wśród palących znicze przed PKiN, w miejscu, gdzie doszło do tragedii, była choć jedna matka, był choć jeden brat, sąsiad, przyjaciel, do których sumień apelował Piotr składając ofiarę z życia, czy byli z nami w smutnym marszu pod siedzibę PiS, aby wykrzyknąć człowiekowi, któremu zaufali: „gotowi jesteśmy w dalszym ciągu cię popierać, ale przestań łamać prawo, przestań nas dzielić, przestań szerzyć nienawiść”. I nie mam na to żadnych przesłanek, żeby odpowiedzieć sobie: „tak, byli”. A więc nie tędy droga.

Czy zatem ta wielka, szlachetna ofiara poszła na marne? Czy pozostanie choć mitem jednoczącym opozycję, inspiracją dla nas, składających hołd ofierze Piotra Sz., aby zaprzestać narzekania, szyderstw i próżnych okrzyków „protestujemy”, „żądamy”, a wreszcie przystąpić do tworzenia wizji Polski, która by porwała – tak nas, od dwóch lat drepczących pod siedzibą TK, Sejmem czy przed Pałacem Prezydenckim, jak tych, którzy chcieli inaczej, ale których sumienia buntują się przeciwko bezprawiu, politycznej hucpie i prowadzenia kraju ku cywilizacyjnej przepaści?

Widzę w tych dwóch, jakże różnych, warszawskich wydarzeniach z 6 listopada coś wspólnego: tęsknotę za Polską iście sprawiedliwą, praworządną, demokratyczną. Tam – grono intelektualistów debatujących nad niezbędnymi instrumentami demokratycznego państwa, tu – garstkę „zwykłych ludzi” upominających się, nieco beznadziejnie, o „zwykłą przyzwoitość”. Pośrodku próżnia – te miliony, którym albo wystarczy ponarzekać, albo „nie zależy”, albo którzy urządzili się już, bądź dobrze się czują w nieco zatęchłym grajdole, z którego nie ma spojrzenia w przyszłość. To również do nich apelował Piotr Sz. wołając swoją ofiarą „Obudźcie się!”.

Tak rozumiem testament pozostawiony nam przez Szarego Człowieka, Piotra Szczęsnego: co rychlej przystąpić do tworzenia wizji, która dotarłaby również do tych milionów. „Jeszcze nie jest za późno” – mówi nam Piotr; ale czas nagli!