nie dajmy się zwieść – Do Siego

Dzisiaj wszyscy życzą wszystkim – taki to miły sylwestrowo-noworoczny zwyczaj. Ja swoje świąteczne życzenia „wrzuciłem w sieć” tuż przed Świętami (http://boguslaw.blog.pl), ale aktualne są również sylwestrowo, powtarzać więc ich nie będę. Pragnę jednak coś do nich dodać, bo to „coś” wydaje mi się ważne – bo świat gna do przodu z szybkością światła i zaskakuje nas niemal każdej godziny.

Ubiegły tydzień zaskoczył Polaków nieoczekiwanym „balonem próbnym” w odniesieniu do zmiany narracji przez obóz władzy. Kornel Morawiecki – postać nie tuzinkowa, bo znany to  działacz opozycji okresu „Solidarności”, później równie znany, „antysystemowy” polityk w ciągu całego ćwierćwiecza budowy III RP, bezpardonowy krytyk Okrągłego Stołu, twórca „Solidarności Walczącej”, obecnie – maleńkiej partii „Wolni i Solidarni” na zapleczu ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego, marszałek – senior Sejmu VIII kadencji, który na sesji inauguracyjnej celnie zdefiniował w jednym zdaniu motto rządów „dobrej zmiany” – „naród ponad prawem” i – co niebagatelne – ojciec Mateusza, premiera RP, proponuje przyjęcie uchodźców! Powrót do uzgodnień z rządem Ewy Kopacz! Balon został, oczywiście, natychmiast przekłuty – elektoratu PiS nie można narażać na taką traumę. To jednak zapowiedź nowego etapu – zmiany języka z zakłamanego na obłudny. Narzędzia do sprawowania władzy absolutnej zostały już pozyskane kosztem zmiany ustroju państwa – wbrew Konstytucji: zostaną teraz na jakiś czas schowane (na ich wykorzystanie przyjdzie czas). Ordynacja wyborcza jest już przygotowana na zmanipulowanie wyborów – w najgorszym razie ich sfałszowanie. Teraz trzeba nieco odrobić straty wizerunkowe w świecie i w Europie – nieunikniony negatywny produkt uboczny zamachu na rządy prawa, bo sprawy zaszły za daleko, być może wbrew oczekiwaniom. Premier złoży swoją pierwszą zagraniczną wizytę w Budapeszcie udając się na konsultację, jak to się robi. Najbardziej spektakularne postacie polskiej „antypolityki” (Szyszko? Maciarewicz? Waszczykowski?) przesunięte zostaną czasowo do tylnych rzędów, inne (Błaszczak? Ziobro?) otrzymają poufnie zakaz pokazywania się w mediach. I tak to prawdopodobnie pójdzie.  A Europa jest ufna – zawsze taka była, bo to głęboko tkwi w jej kulturze, bo „ten typ tak ma”.

Więc uzupełniam moje życzenia na ten Nowy Rok trudnej nadziei i dodaję to ważne „coś”: NIE DAJMY SIĘ ZWIEŚĆ!  Polskie państwo Jarosława Kaczyńskiego – to państwo totalne, przez ćwierć wieku pieszczona i doskonalona obłędna wizja, którą zły los pozwala mu  realizować. To państwo plemienne. Narodowe. Zamknięte w swoim własnym kokonie. Czerpiące siłę i wewnętrzne wsparcie z fałszywej narodowej dumy pobudzonej okrojoną, wykastrowaną historią i wykreowanym lękiem przed obcym. Nie ma w nim miejsca na jakieś   tam fantasmagorie, jakąś europejskość z właściwymi jej uniwersalnymi wartościami – demokracją, wolnością, rządami prawa czy prawami człowieka. Nie daję wiary, żeby od tego mogły być jakiekolwiek odstępstawa: jakiekolwiek!  Co innego taktyka: pół kroku wstecz, żeby za chwilę runąć do przodu.

Więc życzę moim przyjaciołom i „druhom w wartościach”: nie dajmy się zwieść! Lekko nie będzie, bo walczyć z obłudą, z zakłamanym uśmiechem, za którym kryje się kłamstwo, może być trudniej, niż walczyć z nachalnym kłamstwem, a przecież i z tym łatwo nie szło. Chcę wierzyć, że i tym razem damy radę, atoli pod jednym warunkiem: NIE DAJMY SIĘ ZWIEŚĆ!

Tego życzę. Do Siego Roku!

Czas Świat – więc życzę…

Czas Świąt – nie tylko dla Chrześcijan: one są głęboko osadzone w polskiej tradycji. Swoje przesłanie niosą wszystkim – przesłanie nadziei. Czy potrzeba nam dzisiaj czegokolwiek bardziej, niż nadziei? A jak nadzieja, to i życzenia z tą właśnie nadzieją składane, z odrzuceniem chłodnych kalkulacji, że nie są do spełnienia. Więc, ulegając magii tych Świąt, życzę.

Polsce, mojemu niepowtarzalnemu miejscu na ziemi, życzę powrotu demokratycznych rządów prawa, zrzucenia wstrętnej, wykrzywionej nienawiścią maski, w jaką Ją wtłoczono, przywrócenia Jej otwartości na świat i życzliwego uśmiechu, którym pozyskiwała przyjaciół; życzę jej mężów stanu, których mądry głos w debacie o przyszłości i drogach wiodących do przysporzenia wspólnego dobra byłby z uwagą i szacunkiem słuchany w gremiach tak europejskich, jak światowych.

Sprawującym z demokratycznego mandatu władzę życzę, żeby – stanowiąc prawo zgodne ze swymi prawicowymi wartościami – zaprzestali łamania fundamentalnej umowy społecznej, jaką jest Konstytucja, żeby zdobyli się na odwagę podjęcia naprawy tego, co haniebnie zniszczyli w polskiej przestrzeni publicznej, żeby wyrzekli się kłamstwa, pogardy i wykluczania jako metody rządzenia państwem; żeby niezwłocznie zaprzestali zawłaszczania historii, odbierania prawdziwości słowu, wyrządzania niepowetowanej krzywdy młodemu pokoleniu Polaków kastrując je z poczucia obywatelstwa i związanych z nim swobód, a w miejsce tego promując przesłania toksycznego nacjonalizmu

Parlamentarnej opozycji życzę, aby – w sytuacji tyranii większości – nie dała się sprowadzić do roli figowego liścia tyranię tą legitymizującego, ale i tego również, żeby – nie gubiąc swoich partyjnych tożsamości – wzięła się za ręce i zdobyła się na autentyczną, ponadpartyjną solidarność w działaniu na rzecz powrotu demokracji i rządów prawa, obywatelskich swobód i poszanowania dla uniwersalnych praw człowieka.

Liderom opozycji obywatelskiej, tej „chodnikowej”, życzę, aby przestali się dąsać i na siebie obrażać, licytować się, kto zrobił dotychczas więcej, a kto mniej, kto bardziej, a kto mniej skutecznie; życzę, żeby zechcieli uznać różnorodność form podejmowanych działań i ich etosów i żeby w tej różnorodności potrafili postrzec jedność nadrzędnego celu, jakim jest powrót do rządów prawa i wyeliminowanie z przestrzeni publicznej wszelkiej dyskryminacji i języka nienawiści: i żeby potrafili być w tym solidarni.

Kochanej młodzieży, od której tak wiele zależy – bo to w końcu ona przepędzi kiedyś tyranię i przesądzi o przyszłym kształcie Polski – życzę, aby przestała obrażać się „na politykę” i żeby zechciała zrozumieć, że to nie „polityka” ją odrzuca i zniesmacza, a forma jej uprawiania – jej upartyjnienie i zachłanność na władzę z przymrużeniem oka na dobro wspólne. Drodzy młodzi przyjaciele, z polityką jest, jak z wiatrem – można jej czasem nie lubić, ale ona po prostu jest i kształtuje naszą rzeczywistość: życzę Wam, abyście w nią jak najszybciej weszli i tą rzeczywistość rzeźbili na miarę Waszych aspiracji, które będą mogły być trwale spełnione jedynie w oparciu o demokratycznie stanowione prawo.

Pogrążonemu w chocholim śnie Suwerenowi – nie temu wirtualnemu, stanowiącemu figurę retoryczną w przemówieniach dyktatora, a temu rzeczywistemu, zdefiniowanemu w Konstytucji – życzę, aby się obudził, a mówiąc to celowo sięgam po język z testamentu Szarego Człowieka, który temu, aby apel ten był usłyszany, poświęcił życie. „Demokrację nie wystarczy lubić, żeby ją zachować – trzeba w niej uczestniczyć” – to wypowiedziane w Warszawie słowa Baracka Obamy. Powiem coś au rebours: wprowadzonej przez rządzących tyranii większości z towarzyszącym jej „kłamstwem nieustającym” nie wystarczy NIE lubić – trzeba jej przeciwdziałać. Czy jedyną formą przeciwdziałania są protesty uliczne? Ależ skąd!  Wystarczy, że obudzisz się któregoś dnia ze świadomością, iż będąc suwerenem – nie jesteś cząstką magmatycznej masy, a jesteś – przede wszystkim – obywatelem, zatem masz prawo do obywatelskiego protestu: przeciw kłamstwu, którym cię karmią w przestrzeni publicznej, przeciw łamaniu TWOJEJ Konstytucji, przeciw zmianie – bez TWOJEJ wiedzy – ustroju TWOJEGO państwa. Miej odwagę z tego prawa skorzystać: noś w klapie znaczek, który o tym mówi, podejmij w swoim miejscu pracy rozmowę, w której deklarację o swojej niezgodzie poprzesz argumentem, podpisz petycję, no, może raz na jakiś czas dołącz do protestu.

Aktywnym działaczom na rzecz powtrzymania fali większościowej przemocy i wszystkiego, co się z tym wiąże, ofiarnym przedstawicielom autentycznego społeczeństwa obywatelskiego, w tym wielu moim przyjaciołom, życzę determinacji i wytrwania, ale również mądrości, której towarzyszy umiar i nie uleganie narzucanej narracji agresji, nienawiści, wykluczania, odwetu; życzę, aby żar, który – swoim niezwykłym wysiłkiem i oddaniem Sprawie – podtrzymują w tlącym się ognisku, nigdy nie wygasł po to, żeby we właściwej chwili buchnąć płomieniem.

Życzę tego gorąco i z całego serca

Taki tam szary obywatel

 

art. 7 w natarciu: Europo, poczekaj – wrócimy!

Kolejny dzień wstydu – piekącego, bolesnego do szczytu wytrzymałości, z którym trudno się uporać. A było to przecież do przewidzenia, bo zastosowanie wobec państwa polskiego art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej stawało się nieuchronnością, jeśli wartości europejskie mają cokolwiek znaczyć, jeśli fundament europejskiego konceptu – jedność w różnorodności – ma pozostać nienaruszony i służyć dalszej konsolidacji Wspólnoty Wolnych Narodów – Wspólnoty Pokoju. Ta jedność – to fundamentalne zasady ustrojowe, demokratyczne rządy prawa. To nie złośliwy Frank Timmermans, ani nawet J-C Juncker, ani nawet cała Komisja Europejska, która się na Polskę Jarosława Kaczyńskiego zawzięła. To presja państw tworzących tą Niepowtarzalną Wspólnotę i ich obywateli. To reakcja na „wyraźne ryzyko poważnego naruszania wartości europejskich” przez jedno z państw członkowskich, które doprowadzić może do zarysowania się fundamentu europejskiego konceptu – reakcja w lęku przed załamaniem się powszechnie akceptowanego europejskiego ładu, przed trucizną, która będzie go od wewnątrz wyniszczać.

Nie trzeba nawet mozolnie doszukiwać się tej trucizny w „stanowieniu prawa” przez sprawujących władzę w Rzeczypospolitej: ona mieści się w oficjalnej narracji prezentującej wizję postrzeganej przez nich rzeczywistości. To „chora Europa” i dziejowa misja postawionego ponad prawem Wielkiego Narodu, aby ją uzdrowić. To przecież obłędny „pomysł na Polskę” Jarosława Kaczyńskiego, z usiłowaniem jego realizacji począwszy od „marszu na Belweder” w roku 1990, poprzez Porozumienie Centrum, eksponowaną antysystemowość podczas całego procesu mozolnego budowania III RP, cały – nieskrywany przecież – program partii PiS. Patrzyliśmy na to wszyscy, a nie chcieliśmy zobaczyć. Słyszeliśmy wszyscy – 20 milionów wyborców – przestrogi przed październikowymi wyborami 2015, a nie chcieliśmy usłyszeć. I stało się: coś, co w drodze demokratycznych procesów jest już nieodwracalne. Bo z przestrzeni publicznej wyprowadzona została demokracja.

W ciągu ostatniej doby usłyszeliśmy dziesiątki, jak nie setki, profesjonalnych komentarzy tego, co przydarzyło się Polsce w dniu 20 grudnia 2017: wystawienia mojego kraju pod pręgierz publiczny na oczach całego świata za sprawą jednego człowieka, któremu udało się przebiegle uzyskać władzę dyktatora i przez grono jego spolegliwych akolitów. Nie mnie cokolwiek do tych komentarzy dodawać: ja tylko wyję z bólu i ten ból z siebie wyrzucam. Atoli przywołać pragnę najgłębsze przyczyny tego bólu i wstydu, przytaczając opinie wiarygodnych autorytetów, z którymi się identyfikuję – to m.in. prof. Kazimierz Michał Ujazdowski, polityk polskiej prawicy, założyciel Ruchu Wolnej Polsk, to prof. Marcin Król, uznany na świecie filozof idei, zdeklarowany republikanin (wydawaną przez niego „Res Publica” czytywałem jeszcze w jej podziemnej wersji w latach 80-tych), któremu daleko do neoliberalizmu, o lewicy nie mówiąc, to również lewicowy polityk, ale przede wszystkim rzetelny naukowiec, prof. Karol Modzelewski. A oto one: za sprawą tej władzy wykluczamy się z rodziny cywilizowanych państw Zachodu. Za sprawą tej władzy Polska ponosi  nieodwracalne straty polityczne, prestiżowe, wizerunkowe i gospodarcze. Polska staje się państwem autorytarnym (tak widzą to zarówno Ujazdowski jak Modzelewski). Państwo polskie stało się już tyranią – tyranią większości, tyranią głupców i kłamców (to Marcin Król). Tyranią, która zagraża fundamentalnym prawom człowieka. Tyranią bezbożną. Tyranią łamiącą podstawowe zasady wspólnoty.

„Gdzie są te kłamstwa?” – dociekliwie pyta znana dziennikarka prowadząca program telewizyjny, żeby słów nie pozostawić bez pokrycia. „To kłamstwo nieustające” – pada odpowiedź po chwili namysłu. Kłamstwo jako metoda, jako narzędzie do  zyskania akceptacji dla sprawowania – w sposób niekontrolowany – pełni władzy. To pasmo przekazywanych  nieustannie opinii publicznej „faktów kłamliwych”. Ich zbiory – to kłamstwo o III RP, o Europie, o historii, o wielkości dumnego narodu, o rosnącej pozycji w świecie Polski, której los we wspólnocie europejskiej uzależniony jest od „widzi mi się” sprytnego przywódcy niewielkiego kraju.

Unia Europejska, której wciąż jesteśmy „traktatową cząstką” – żeby nie utracić swojej cnoty, żeby nie sprzeniewierzyć się wartościom, na których wciąż jest budowana – nie może na to wszystko nie zareagować. Czyni to – zgodnie ze swymi niezłomnymi zasadami – w oparci o traktaty, wciąż jednak z powściągliwością, wciąż pozostawiając przestrzeń do rozmów i „wdrożenia działań naprawczych” w stosunku do 13 ustaw naruszających całą strukturę systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Po wyczerpaniu możliwości nakłonienia władz RP do podjęcia „działań naprawczych” w ramach „procedury ochrony praworządności” wdrożonej przez Komisję Europejską w połowie stycznia 2016 – licznych rozmów, wymiany korespondencji, a w tym trzech „zaleceń”, które nie doczekały się wykonania – pozostała już tylko możliwość zwrócenia się przez Komisję do Rady UE z wnioskiem o to dramatyczne stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszania wartości europejskich”. To na razie tylko wniosek, w dodatku z równoległym, kolejnym, skierowanym do Polski, „zaleceniem” dającym szanse na jego wycofanie. A gdyby i tym razem adresat pozostał głuchy i Rada UE przystąpiłaby do procedowania nad wnioskiem Komisji, będą mu towarzyszyły dalsze rozmowy Rady z polskim rządem i sformułowanie kolejnego „zalecenia”. Do stwierdzenia doszłoby dopiero wtedy, kiedy głuchota okazałaby się tym razem już nieuleczalna. Ale to stwierdzenie – to jeszcze nie żadne sankcje wobec Polski: to tylko podstawa do zwrócenia się Rady UE do Rady Europejskiej o ich wprowadzenie, co wiąże się z otwarciem kolejnej procedury, kolejnych rozmów, „zaleceń” etc. A finał tej procedury – bardzo mało prawdopodobny – to formalne pozbawienie Polski głosu tam, gdzie zapadają decyzje o funkcjonowaniu Wspólnoty. O „wyrzuceniu” nie ma mowy – tego żadne unijne procedury nie przewidują.

Tak więc niespiesznie, w oparciu o prawo uchwalone zgodnie przez przedstawicieli 28 państw, działa w obronie swoich wartości ta straszna Unia czyhająca na suwerenność Wielkiego Narodu. Może więc zasadna jest pogardliwa narracja przedstawicieli państwa „atakowanego” przez unijne instytucje: „nic nam nie zrobią”? Bo cóż niby mieliby „zrobić” ci „oni”, którym nie chodzi o nic innego, jak tylko o zachowanie jednorodności ustrojowej członków Wspólnoty i o dominację w niej prawa?  Tymczasem owo państwo – moje państwo! – którego powinnością jest między innymi przysparzanie mi satysfakcji – może nawet dumy – z szacunku, jakim jest darzone, przysparza mi palącego wstydu za sprowadzenie tego szacunku do zera, za stanie się pośmiewiskiem, pierwszym organizmem, wobec którego – po 60. latach istnienia Wspólnoty i ćwierćwieczu Unii – niezbędne okazało się wdrożenie poniżających unijnych procedur. Tymczasem owo państwo – moje państwo! – które ma pełną gębę suwerenności, suwerenność tą osłabia ukazując swoją szpetną twarz toksycznego nacjonalisty, antagonizując wspólnotowych partnerów, odmawiając wspólnotowej solidarności, odmawiając kompromisów, samo sprowadzając do zera wagę swego głosu w nieustannych unijnych negocjacjach. Trzeba być ślepcem, żeby nie postrzegać, iż jest to prosta droga – w nieodległej perspektywie – do pogarszania się komfortu życia i dobrobytu polskiej wspólnoty, ale także do zagrożenia moich „praw podstawowych”, których gwarantem są instytucje unijne.

Podobno nadzieja umiera ostatnia: są wciąż szanse na „wdrożenie działań naprawczych” – na powrót do unijnych standardów, do czego unijne gremia będą uparcie namawiać zagubione polskie państwo członkowskie tak długo, jak tylko będą na to pozwalać niespieszne unijne procedury. Czy jednak da się połączyć wodę z ogniem – fundamentalną unijną wartość, jaką jest demokratyczne państwo prawa z obłędną koncepcją „samotnej wyspy”,  katolickiego państwa narodu polskiego z jego dziejową misją naprawy i chrystianizacji Europy, dla której wdrożenia cel zdaje się uświęcać wszelkie, nawet najbardziej podłe środki? Której nie da się już – zdaniem wielu – wyeliminować z polskiej przestrzeni drogą demokratycznych przemian, a trzeba będzie ją kiedyś – w nie dającej się przewidzieć przyszłości – „przepędzić”?

Za odpowiedź – konia z rzędem!

Dzień Praw Człowieka 2017 – Kongres Naszych Praw

10 grudnia – Powszechna Deklaracja, Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka – był dla mnie „od zawsze” jednym z tych dni, o których się pamięta. W tym roku jest jednak inaczej: ta pamięć i związana z nią refleksja jest jakby głębsza, waga treści tego, o czym w tym dniu wspominamy – większa, wplatająca się w naszą smutną codzienność. Daje temu wyraz wielość organizowanych wokół tego dnia wydarzeń w różnych obszarach i na różnych piętrach: jedno z nich to bliski mi, organizowany przez Amnesty International, Maraton Pisania Listów. Na piętrze najwyższym sytuuje się zorganizowany nie przypadkowo w przeddzień 10 grudnia – dla upamiętnienia 30 rocznicy funkcjonowania Urzędu RPO – I Kongres Praw Obywatelskich. Warto przypomnieć: prawa obywatelskie – to treść marzeń wielu pokoleń, to wartości nabyte wraz z zaistnieniem III Rzeczypospolitej, z których dumnie korzystaliśmy przez ubiegłe ćwierćwiecze, a które dramatycznie nam teraz umykają. Organizujący to wydarzenie Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Adam Bodnar, znakomicie odczytał „znaki czasu” i bezbłędnie dobrał współorganizatora – Biuro ds. Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE. Mogę sobie wyobrazić, że świadomość, iż to na jego barkach spocznie teraz cały ciężar odpowiedzialności za obronę tych wartości, musi być powalająca. W moim odczuciu, ten Kongres – to poszukiwanie koalicji, to alert, to gwizdek na zbiórkę wszystkich ludzi dobrej woli, którym te wartości są drogie, w tym wielu istniejących wciąż przecież autorytetów, z przesłaniem, aby w niesieniu tego nieprawdopodobnego ciężaru – na miarę swoich możliwości – uczestniczyli.

I wydaje mi się, że stawili się wszyscy, bo nie brakło mi nikogo, kogo pragnąłbym na tym wielkim prawoczłowieczym i obywatelskim wydarzeniu zobaczyć. Co więcej, na sesji inauguracyjnej nie zbrakło głosów wsparcia i  uznania dla polskiego Ombudsmana ze strony wszystkich chyba liczących się światowych i europejskich instytucji ochrony praw człowieka, od przedstawicielki Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka począwszy, poprzez Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich, przedstawicieli Międzynarodowego Instytutu Ombudsmana, Europejskiej Sieci Krajowych Instytucji Praw Człowieka, Agencji Praw Podstawowych UE, po znakomity wykład inauguracyjny Komisarza Praw Człowieka Rady Europy.

Nie sposób wymienić tu nawet wszystkich kongresowych sesji plenarnych, nie mówiąc o 30 sesjach panelowych, na których wybitne osobistości wprowadzały do obywatelskich debat na tematy uniwersalne dotyczące ochrony praw obywatelskich i przestrzegania praw człowieka, ale też zawężone do konkretnych zagadnień takich jak prawa lokatorów, prawa pacjenta, partycypacja – konsultacja – procedury, równe traktowanie, ruchy samopomocowe, Chrześcijanie wobec praw człowieka, ofiary tortur w ośrodkach dla cudzoziemców, wyzwania bioetyczne, jak uczyć o Konstytucji i prawach człowieka: to tylko przykłady szerokiego spektrum kongresowych treści. I ani słowa w tym o polityce – debata kongresowa dotyczyła wyłącznie wartości, choć polityka nieuchronnie unosiła się gdzieś w powietrzu jak obłok; a może raczej jak grożąca w każdej chwili ulewą deszczowa chmura. Może z jednym wyjątkiem: treścią listu od Prezydenta RP odczytanego na sesji inauguracyjnej przez średniego szczebla przedstawiciela prezydenckiej kancelarii – pełnego frazesów, mylącego rzeczywistości, przesłanego jakby z innej galaktyki.

Nie sposób też wymienić osobistości zasiadające w panelach i zabierające głos w dyskusjach, choć wiele z tych głosów chciałoby się wręcz cytować i uczyć się ich na pamięć. Robię wyjątek – dla „Panelu Rzeczników – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość”.

Bo głosy prof. Ewy Łętowskiej, prof. Ireny Lipowicz, prof. Andrzeja Zolla, prof.. Adama Zielińskiego, wypowiedź zmarłego dr Janusza Kochanowskiego (katastrofa smoleńska), dr Adama Bodnara – to nieoceniona suma doświadczeń dotychczasowego zmagania się z przestrzeganiem w Polsce praw człowieka, a równocześnie słowa przestrogi i dramatyczny apel o obywatelską postawę i odwagę do obrony wartości. Choćby to: „…gdy prawo śpi – budzą się demony…”

Nie sposób było mi wymienić kongresowych wydarzeń i osobistości, tym bardziej nie sposób było uczestniczyć choćby w połowie odbywających się równolegle kongresowych paneli: wybór był niezwykle trudny. Wybrałem sesje z udziałem m.in. prof. Moniki Płatek, Krystyny Starczewskiej, prof. Andrzeja Friszke, prof. Andrzeja Rzeplińskiego.

Cóż mogę z tej uczty duchowej w największym skrócie przekazać? Może choć kilka myśli: … nigdy nie było większych mordów niż w czasach, kiedy eksponowany był naród…, …fundamentalne prawo człowieka – to prawo do bycia sobą…, …budujmy świat, w którym nikt nie jest samotny, bowiem pojęcie solidarności jest oczywistością…, …polonocentryczna opowieść o świecie jest opowieścią fałszywą…, …media bywały państwowe, rządowe, partyjne – o publiczne trzeba wciąż walczyć…, …zmiany pór roku są prawidłowością: dla praw człowieka zaczęła się zima, czekamy na nadejście wiosny… W tym duchu dr Adam  Bodnar zamknął obrady Kongresu słowami: „nadzieja umiera ostatnia”.

A była jeszcze do obejrzenia wystawa przygotowana przez Biuro RPO – sylwetki osób udekorowanych przez Rzecznika medalem za działalność na rzecz utrwalania praw obywatelskich: cóż za bogactwo ludzkich inicjatyw, zaangażowania, ofiarności! Więc może jednak damy radę? Jeśli jednym z celów Kongresu było umocnienie wiary w taką właśnie konkluzję – myślę, że cel został osiągnięty i nie znajduję słów, aby wyrazić za to dr Bodnarowi swoją obywatelską wdzięczność i uznanie..

Jeszcze nie jest za późno… z przesłaniem Wiktora Woroszylskiego

Udostępniłem na swojej „ściance” apel wzywający do uczestniczenia w jutrzejszym proteście przed Pałacem na Krakowskim Przedmieściu. Gdyby jednak ktokolwiek zadał mi pytanie, czy liczę na to, że ten protest powstrzyma sprawujących władzę od czegokolwiek – od ostatecznej destrukcji państwa prawa, od zadania kolejnego ciosu ustrojowej  demokracji, odpowiem szczerze: na to nie liczę. Skąd więc to moje żarliwe wsparcie udziału w proteście? Bo myślę, że nie wykrzyczenie obywatelskiej niezgody byłoby kapitulacją wobec rządów bezprawia, byłoby przyzwoleniem na toczenie się tego walca, który – wbrew Konstytucji – zmienia ustrój państwa. Bo traktuję ten protest jako alert, jako krzyk – oby wybrzmiał w całej Polsce! – przypominający dramatyczny apel, jaki pozostawił nam w swoim testamencie Piotr Sz.: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno.”

Dodaję od siebie: jeszcze nie jest za późno na uratowanie kraju przed ostateczną katastrofą, przed petryfikacją, utrwaleniem, zacementowaniem na dziesięciolecia tego wszystkiego, co przyniosła Polsce przeklęta „dobra zmiana”. Temu jednak nie da rady parutysięczna garstka tych, którzy nie popadli w letarg: to może się stać wtedy tylko, jeśli wykrzykujących swoją niezgodę będzie milion! Więc „Obudźcie się!”  Ten krzyk, który winien wybrzmieć jutro w całej Polsce, jest  dla mnie podstawowym motywem udziału w tym proteście, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby zbrakło w nim również mojego głosu.

Katastrofa, która nam grozi, różnie definiowana jest przez liderów opozycji zabierających głos ze „sceny” bądź w przekazie medialnym. Ja chciałbym dorzucić głos poety, który – wydaje mi się, jak żaden inny – trafia w sedno. A oto on:

Wiktor Woroszylski

Państwa faszystowskie

(z tomu poezji „Zagłada gatunków”, 1970)

Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie  W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość  W oborach
łagodnie ryczało bydło  Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło  Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem  Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego  Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle  W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie  Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach.

I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnym wietrze
w zaroślach  I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że…

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych
wielu było ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy nie mieli z tym nic wspólnego

i którzy nawet nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc  My przynajmniej nie robimy nic złego

żyjemy jak żyliśmy zawsze  Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

 

na zgliszczach Święta Niepodległości

Minęło już trzy doby od 11.11, dnia narodowego wzmożenia, a wciąż nie dało rady, żeby ogarnąć myśli i uporządkować refleksje po tym, co słyszałem i widziałem, po tym, co się wydarzyło i po kakofonii słów, jakie padały ze scen i oficjalnych trybun. Będzie więc chaotycznie, ale muszę to z siebie wyrzucić, bo ciąży, bo boli, bo napawa wstydem, bo wzbudza poczucie winy, że to może ja coś zaniedbałem, że to może moje pokolenie czegoś nie dostrzegło doprowadzając tym do skraju katastrofy.

Zaczęło się od rozmowy z grupą sympatycznych młodych ludzi po tym, jak wysiadłem z pociągu: chłopak niesie zwiniętą jeszcze flagę, dziewczyna niewprawnie zapala papierosa. „Idziecie na manifestację?…Którą?” „Niepodległości”. „Dlaczego właśnie na tą?” Dziewczyna chichocze: „Podobno jest tam wesoło… i coś się dzieje… chłopcy robią dobre wrażenie…” Takich grup wokół „Centralnego” jest dziesiątki – jak nie setki. Są roześmiani, idą na spotkanie przygody.

Plac Zamkowy, manifestacja pod hasłem „Niepodległa, europejska”. Przemawia Bronisław Komorowski – mówi o radosnym święcie, o patriotycznych wartościach, o Europie, o zagrożeniach, z jakimi się zmagamy. Lider organizacji, która wciąż żyje mitem przywództwa „chodnikowej opozycji”, ma mniej do powiedzenia – nawiązuje do „solidarnościowej” spuścizny i swoim w niej chwalebnym udziale. Prawnicy mówią o Konstytucji sięgając do historii II RP i przestróg, jakie z niej wynikają. Świetne przemówienie wygłasza działaczka KOD wzywając do jedności wobec kurczącej się demokracji, narastającego autorytaryzmu, symptomów faszyzacji kraju. Uczestnicy zwołanego przez KOD radosnego świętowania – to może 1000 osób, wśród nich politycy – Petru, Kalisz, Trzaskowski: w roku ubiegłym na takim świętowaniu było nas co najmniej trzydziestokrotnie więcej. No, ale splendor był: wzdłuż Podwala i we wszelkich możliwych zaułkach kilkadziesiąt policyjnych suk, które – „w razie czego” – mogłyby wchłonąć bez nadmiernego stłoczenia wszystkich demonstrantów. Niby radośnie, a tak jakoś strasznie smutno…

Nie łatwo przemieścić się stąd na Plac Politechniki – główne arterie zamknięte dla ruchu kołowego, komunikacja nie funkcjonuje – ale jakoś się udało. Manifestacja antyfaszystowska pod hasłem „Za wolność naszą i waszą”: tłum nieco liczniejszy, ale tylko nieco – szacowany później na około 3000, zważywszy liczbę organizacji i przeróżnych „inicjatyw” biorących w niej udział – to garstka. Są flagi narodowe i europejskie, czarne (Antifa) i tęczowe, są „Zieloni”, „Razem”, „Razem przeciw rasizmowi”, „Dom otwarty” (dla uchodźców!), „Pracownicza demokracja”, dużo „czarnych parasolek”, jest też KOD i OdNova – nieliczne grupy idące tak z dala od siebie, jak to tylko możliwe. Są robiący hałas bębniarze (kilka grup), animatorka poddaje antyfaszystowskie hasła. Marsz idzie, dość chaotycznie, ulicą Nowowiejską, przez Plac Zbawiciela, Mokotowską – docelowo pod Sejm; towarzyszą mu dziesiątki policyjnych suk. Ma być „razem”, a jest dość wyraźnie w podgrupach, ma być radośnie – są nawet jakieś śpiewanki, ale radośnie (tak, jak pamiętamy to z wielkich marszów KOD-owskich) nie jest! Coś się stało! Cos pękło!

Jest dłuższy „stop” na Placu Trzech Krzyży, wieje, jest zimno – nikt nie wie, po co; w zamierzeniu po to chyba, żeby nasze wykrzykiwane antyfaszystowskie hasła dotarły do przemieszczającego się (w domyśle) gdzieś nieopodal marszu narodowców. Złudne nadzieje. Nasze okrzyki – to tylko szept wobec tamtej, wielotysięcznej masy, która idzie jak burza, chronioną trasą, wzywając Boga i modląc się do Niego o zagładę dla nie-współplemieńców.

O tym dowiadujemy się tu właśnie, z włączonych smartfonów relacjonujących Marsz Niepodległości. Czytamy transparenty: „My chcemy Boga”, „Czysta krew”, „Biała siła – Ku Klux Klan”, „Śmierć wrogom ojczyzny!”, „Narodowy socjalizm”, „Modlimy się o holokaust dla islamu”. Jezus Maria! Oni się modlą o ZAGŁADĘ, o to, żeby ich Bóg sprawił, że fale morskie pochłoną miliony istnień ludzkich jak wtedy, kiedy Bóg Izraela zatopił jego egipskich prześladowców, wszystkich, co do nogi, z ich końmi i zbroją! Losów Izraela już nie pomnąc! I z nimi idzie ta dziewczyna, z którą rozmawiałem przed „Centralnym”, która dołączyła tam, „bo jest wesoło”, „bo coś się dzieje”. I ta Zosia ze świetnego reportażu w „Wyborczej” – „Nasz pierwszy raz na Marszu Niepodległości”, która tam się wybierała „trochę tak dla beki”, na złość rodzicom, zamożnym lekarzom, którzy głosują na „Nowoczesną” i chcą ją wysłać na medyczne studia we Francji, a ona nie chce, bo chce być w Polsce aktorką. I całe rodziny wzmożonych narodowo mieszczan, które są tam z dziećmi, żeby ich nauczyć patriotyzmu! Czy dołączają do okrzyków wznoszonych przez organizatorów tego tragicznego spektaklu: „Polska dla Polaków”, „Śmierć wrogom”, „Raz sierpem, raz młotem…”, „Cała Polska śpiewa z nami / wypier…. z uchodźcami”? Czy widzą, jak chłopcy, którzy „robią dobre wrażenie”, z biało-czerwonymi opaskami na ramionach ze świętym dla mnie symbolem Polski Walczącej,  podnoszą w górę łapska w nazistowskim pozdrowieniu wykrzykując „Sieg heil”? Czy tego nie słyszą, czy też odnajdują się w ten sposób w narodowej wspólnocie czując moc, bo „ci chłopcy mają jaja – nie to, co Tusk”, bo stąd spływa na nich narodowa duma? Jezus Maria!

Smartfony pokazują dalej sceny, które bardziej jeszcze mrożą krew w żyłach. Garstka ludzi, w tym niezwykle dzielnych kobiet siedzących na jezdni naprzeciw nieprzebranego tłumu: to tylko oni, tak naprawdę, mówią swoje „non possumus”. Kobiety są lżone, opluwane, kopane, ciągnięte plecami po asfalcie. Stróży prawa w pobliżu nie ma, niesforni osobnicy korzystający ze swego niezbywalnego prawa obywatelskiego protestu zdani są na łaskę tłumu: tysiące stróżów prawa i setki policyjnych suk są tam, gdzie garstka pokrzykujących  „że się nie zgadzają” chce – wbrew wszystkiemu  – obchodzić radosne święto. Są tam tak na wszelki wypadek, żeby „w razie czego…”. Tu nie muszą. Tu są swojacy, a im wolno.  Policja pojawia się dopiero po dłuższej chwili od momentu, kiedy zaistniały „incydenty”. Nie po to, żeby bronić kopanych współobywateli: po to, żeby zatrzymać wichrzycieli, którzy zakłócają legalny marsz. Wrzucić „na dołek”, spisać, później postawić zarzuty. Nawiasem mówiąc – znam ten „dołek” na Wilczej, sprzed 30. lat, „wykupywałem” stamtąd „młodocianych przestępców”, NZS-owską młodzież rozrzucającą ulotki. Jakież to figlarna historia zatacza koło…

Im wolno… Przyzwolenie – żeby było aktualne – dobiega już tego samego dnia, z Krakowa. Zawarte jest w publicznym głosie „pierwszego posła RP”, którego wola stanowi prawo – bo tak wyszło… Prezes rządzącej partii, przywołując dawno już zarządzoną retorykę, oznajmia całemu światu, że Europa jest chora, a Polska jest wielkim krajem, Polacy – wielkim narodem, i że to ten naród uzdrowi chorą Europę. Ten proces uzdrawiania – to przecież wypisz wymaluj patriotycznie wzmożony warszawski Marsz Niepodległości: klocki lego co prawda dość szeroko rozrzucone, ale przecież kontury układanki widać jak na dłoni. Słowa prezesa nie tylko łechcą narodową dumę: dają suwerenowi poczucie, że jest super-narodem, po latach dzielących nas od romantyzmu i retoryki narodowych wieszczów – znów Chrystusem narodów. I jakże się to wpisuje w przewodnie hasło warszawskiego marszu: „My chcemy Boga” – takiego, który „zniszczy wroga”, sprowadzi zagładę na tych, którzy czyhają na naszą „naszość”! A co z tym Bogiem, którego wyznają miliony chrześcijan (i nie tylko), w którego i ja pragnę wierzyć, który niesie uniwersalne przesłanie miłości i pojednania, którego znakiem rozpoznawczym jest „caritas”? Wyrzucony został na śmietnik, czy tylko schowany pod dywan, bo nie pasuje do obłędnej wizji mściwego, nie lubiącego świata poza własnym plemieniem, szaleńca?

Na reakcję Europy, którą władający Polską prezes chce uzdrowić mocą polskiego toksycznego nacjonalizmu, nie trzeba było długo czekać – i żeby tylko Europy! Reakcję nie na słowa prezesa, bo te na żadną reakcję nie zasługują poza domniemaniem uporczywej obsesji bądź początków paranoi: reakcję na to, co wydarzyło się w Warszawie nie tylko w dniu polskiego Święta Niepodległości, również w dniu, który świat zachodni pamięta jako rocznicę zakończenia okrutnej Wielkiej Wojny. Europa postrzegła to wydarzenie jako najliczniejsze po „drugiej światowej” zgromadzenie pogrobowców faszyzmu o aspekcie międzynarodowym, bo z czynnym udziałem najbardziej znanych piewców faszystowskiej wizji świata – przedstawicieli m.in. włoskiej Forza Nova, węgierskiego Jobbiku, „Naszej Słowacji”. Jak wynika z doniesień medialnych, zaniepokojona Europa wstrzymała oddech ze zdziwienia, że mogło to się zdarzyć w stolicy kraju tak okrutnie dotkniętego skutkami niszczycielskiej faszystowskiej ekspansji. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że – w wielu europejskich stolicach – dla Polski, mojej Polski, do tak niedawna powszechnie cenionej za przezwyciężenie narodowych słabości, za „Solidarność”, bezkrwawy Okrągły Stół, za akty pojednania, za sukcesy w procesie ustrojowej transformacji, zapalają się kolejne czerwone światła. I jak tu żyć, we wstydzie, w upokorzeniu faktem, że przeciw sześćdziesięciu tysiącom idącym pod rasistowskimi, ksenofobicznymi hasłami z przesłaniem nienawiści wyszło tylko sześćdziesięciu śmiałków? Na to pytanie dał odpowiedź chyba tylko jeden człowiek, którego wśród nas już zabrakło, Piotr Szczęsny. Jakże dla niego szczęśliwie, że nie był świadomy faktu, iż w żadnym leksykonie nie ma słów, które w pełni trafiałyby do wyobraźni adresatów jego tragicznego testamentu. To o tym jest właśnie dramatyczny miłoszowy poemat, „Campo di Fiori”, uparcie przytaczany w tekstach i publicznych wypowiedziach Obywatela RP, Pawła Kasprzaka.

Apel kończący przesłanie Szarego Człowieka, „Obudźcie się!”, na pewno nie dotarł w kontekście wydarzeń w Dniu Niepodległości do konstytucyjnych władz Rzeczypospolitej. Najpierw minister odpowiedzialny za ład publiczny, urzeczony morzem narodowych flag i strzelających rac, wyraził swój zachwyt słowami „piękny widok!” – transparentów i haseł łamiących art. 13 Konstytucji nie zauważył, takie tam mało ważne imponderabilia. Co więcej, minister od policji niefrasobliwie zapomniał, że – w świetle wypracowanej przez jego resort, łamiącej Konstytucję, Ustawy o Zgromadzeniach – posiadanie przez uczestników manifestacji materiałów pirotechnicznych jest zakazane i podlega surowej penalizacji, nie mówiąc już o ich użyciu. Ten spektakl nienawiści pochwalił publicznie również minister od obrony. Zachwytu nad patriotyzmem polskiej młodzieży nie ukrywała też partyjna telewizja entuzjastycznie pokazując przez cały kolejny dzień rozświetlony patriotycznymi racami Stadion Narodowy. Odrobinę opamiętania przyszło dopiero dnia trzeciego, kiedy  zreflektował się przywołany do porządku reakcją zagranicy Pierwszy Obywatel, Prezydent RP. Nie to znów, żeby Prezydent potępił marsz – byłoby to dla 45 procent polskiego elektoratu zbyt szokujące: Prezydent się zdystansował. Wygłosił kolejną formułkę, że w Polsce na rasizm i ksenofobię nie ma miejsca; to zresztą kolejne kłamstwo tej władzy, bo takie miejsce jest, bo bez jej wyraźnego przyzwolenia – mimo, że partyjne obchody Święta przeniesione zostały taktycznie do Krakowa – do tej erupcji nienawiści rasowej, ani do eksponowania toksycznego nacjonalizmu, dojść by nie mogło, policja nie demonstrowałaby pokazu siły wokół świętujących inaczej pozostawiając „patriotów” samym sobie, a prokurator zająłby się z urzędu długą listą przestępstw, jakich się dopuścili. Więc Prezydent nie  usprawiedliwiał – naraziłby się tym na frontalną krytykę kolejnych 45 procent swoich wyborców. Prezydent tylko minimalizował. Wydarzenie, które do czerwoności rozgrzało – w tę czy inną stronę – polską debatę publiczną, które spowodowało ostrą reakcję światowych mediów, nazwał… incydentem. Jakaś grupa nieodpowiedzialnych ekstremistów… jakiś wybryk radykałów, których znaleźć można w całej Europie.

Tymczasem radykalni patrioci chodzą sobie bezkarnie po ulicach polskich miast, szyją kolejne flagi z faszystowskim znakiem Falangi i Krzyżem Celtyckim, które powiozą do częstochowskiego Sanktuarium, gdzie uczynni bracia Paulini pomogą im rozwiesić je na klasztornych murach, i na każdym kroku śmieją nam się w twarz jakby mówili: „I co nam zrobicie? Bo przyszedł w końcu nasz czas, bo teraz k… my!” A „robiący dobre wrażenie” chłopcy, których z aprobatą wspominała moja młoda, sympatyczna rozmówczyni przed Dworcem Centralnym, schludni, grzeczni, inteligentni, zaproszeni zostali do telewizji publicznej, gdzie przekonywali, że oni też są przeciw „etnicznemu rasizmowi” – oni tylko promują „rasowy separatyzm” i „homogeniczny solidaryzm”. Że na transparentach było inaczej? Bo na manifestacji trzeba wyraziście, nawet jeśli jest w tym trochę przesady. A poza tym – cóż w tym złego, że w swojej retoryce przywołują naród, jego dumę, jego wielkość? To przecież patriotyzm, tego etniczni Polacy oczekują; przecież tak też mówią w Sejmie, słyszą to z ust polityków. Cieszą się, że wreszcie nie ma tej „pedagogiki wstydu”, tego ciągłego „przepraszam”. Walczyliśmy najdzielniej, a skrzywdzeni zostaliśmy najdotkliwiej: Żydzi uzyskali od Niemców wojenne reparacje, Francuzi dostali – a my co? Ale Polacy pokażą jeszcze Europie, co potrafią…

Siła, duma, wielkość, naszość, naród… Jakże to przyciąga prymitywną prostotą, zero-jedynkowością, bezrefleksyjnością przekazu, jak zaczadza umysły, zatruwa wrażliwość młodych ludzi dokonujących dopiero życiowych wyborów. A jeśli mi ktoś powie, że to, co zobaczyli na Marszu Niepodległości i co usłyszeli w jego konsekwencji w publicznych mediach, to jeszcze nie jest faszyzm, który bez oporu, z aprobatą politycznych decydentów, zagnieżdża się w polskiej debacie publicznej, to ja proszę o odpowiedź, co nim jest!  I to jest właśnie ten grom z jasnego nieba, który powalił, przygniótł, wręcz sparaliżował: że to przydarzyło się w moim kraju, w Polsce, tak okrutnie doświadczonej skutkami faszyzmu, stojącej teraz w obliczu zagrożenia jakąś kolejną katastrofą.

Piotr Sz. woła: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!” A ja znów przywołam strofę Czesława Miłosza: „… nie jesteś jednak tak bezwolny / a choćbyś był jak kamień polny / lawina bieg od tego zmienia / po jakich toczy się kamieniach…” Więc można to jeszcze zatrzymać, katastrofie zapobiec! Tylko… do kogo dotrze ten apel Piotra, którego grom powalił i przygniótł śmiertelnie, czy ten apel poety, który wypełnia swoją misję i ostrzega przed najgorszym? Do ilu z tych, którzy słuchają, a wciąż nie słyszą, patrzą, a wciąż nie widzą? Do ilu z moich licznych znajomych, przyjaciół, sąsiadów, krewnych, którzy „bardzo nie lubią PiS-u”, czemu dają wyraz przy suto zastawionym biesiadnym stole szydząc z ministra czy Adriana, opowiadając dowcip o brzydkim prezesie wdrapującym się na drabinkę, wywołując tym oczekiwany rechot współbiesiadników? Ilu z nich dołączy do tej garstki śmiałków, świrów, „zakręconych”, do tych, którzy słuchają i słyszą, patrzą i widzą, dla których Konstytucja, sądy i trybunały nie są wartościami abstrakcyjnymi, jakie prostego człowieka nie dotyczą, którzy cierpną widząc niesione pod osłoną ogłupionej policji hasła „czysta krew”, „biała rasa”, „śmierć wrogom ojczyzny”, bo są świadomi, że te słowa, niewiele tylko trawestujące przesłania nienawiści, stygmatyzowanie wroga, plemienne podziały deklarowane jako program wielkiej narodowej odnowy przez rządzącego ponad prawem dyktatora, są zapowiedzią przerodzenia się ich w czyn. Co bardziej dziarscy chłopcy już to zapowiadali: w przyszłym roku wrócimy tu z bronią, mamy już zgodę wojewody!

Więc ilu dołączy, żeby było nas pół miliona, bo tyle było tych śmiałków, świrów, „zakręconych”, którzy tworzyli Polskie Państwo Podziemne – fenomen na światową skalę – wiedząc przecież, że „wolność krzyżami się mierzy” i że „historia ten jeden ma błąd”; tyle było tych, którzy tworzyli polską „Solidarność”, Pierwszą Kadrową w marszu ku obaleniu wszechpotężnej, komunistycznej dyktatury. A to tylko nieco więcej niż jeden procent Polaków, tych, dla których dzisiaj „zaangażowanie się dla wolności” nie byłoby nawet mierzona krzyżami, a tylko rezygnacją z „…urządzania się w ciemnej dupie…” (cytuję niesfornego Kisiela) – z dopilnowywania kręcącego się biznesu, z szybkiej kariery w „korpo”, może na jakiś czas z rodzinnej harmonii, bo żonie nie w smak, bo dzieci, bo zaniedbany ogród, bo nie pojedziemy na wymarzony  urlop. No, może jeszcze zimny prysznic z armatek wodnych (były w tym roku w odwodzie – widziałem, poznałem), kiedy przyjdzie stanąć murem naprzeciw narodowych troglodytów (w stolicy musiałoby nas być co najmniej sto tysięcy), bez kostek brukowych w dłoniach – Boże uchowaj, a taką masą „siły bezsilnych” (to z Havla), taką jedyną siłą, która powala mury. A wie o tym przecież każdy, kto ma choć odrobine historycznej wyobraźni.

Więc, czy nas jeszcze na to stać, czy też – wnioskując po garstce, która (jakże niespójnie) usiłowała radośnie świętować Dzień Niepodległości – daliśmy za wygraną, z góry przyzwoliliśmy narodowym oszołom, rodzimym faszystom wspieranym przez władzę odbudowującą Katolickie Państwo Narodu Polskiego, wtargnąć do naszych domów, naszych rodzin, naszych biznesów, całej naszej prywatności? Czy tak łatwo przyzwoliliśmy na odebranie sobie naszej obywatelskiej podmiotowości, naszego poczucia bezpieczeństwa i satysfakcji z przynależności do niepowtarzalnej europejskiej Wspólnoty Pokoju, Wspólnoty Wartości, Wspólnoty Losu wobec piętrzących się wyzwań?

To jest dla mnie pytanie fundamentalne – wręcz egzystencjalne – o to, czy życie może mieć jeszcze w ogóle sens, czy nie będzie dla mnie (jeśli będzie mi wciąż dane) takim przekleństwem, jakie stało się dla Piotra Sz., dla którego było już warte jedynie poświęcenia za dotarcie do rodaków z dramatycznym apelem; „Obudźcie się!”

I jeszcze tylko jedno: „Arena idei”, debata w gdańskim Europejskim Centrum Solidarności nt. patriotyzmu – program oglądało ponad milion widzów. Ktoś to skomentował: „Himalaje mądrości”. Z ust prof. Łętowskiej, prof.Bralczyka, O.Bonieckiego otrzymaliśmy – dokonaną pięknym językiem, z najwyższą klasą kultury – wykładnię fundamentalnych wartości, tych niezbywalnych, za obronę których brak ceny. W kontrze do tej wykładni znalazło się stanowisko prezydenckiego doradcy, znanego socjologa, prof. Zybertowicza, który – jak mantrę – powtarzał tylko ujętą w trzech punktach definicję patriotyzmu, jak podkreślał – definicję minimum. Owe punkty, to w skrócie (przytaczam je z zawodnej pamięci): nadrzędność suwerennej niepodległości, uznanie Kościoła Katolickiego jako czynnika dominującego w kształtowaniu się polskich losów od zarania państwowości i (niedookreślone) nie odwracanie się tyłem do historii. Jezus Maria!

Warszawa, 6 listopada: Szary Człowiek

Warszawa, 6 listopada… Dwa znaczące wydarzenia, niestety, dokładnie o tej samej porze. Nie wyobrażałem sobie, żeby w którymś z nich nie uczestniczyć.

Zacząłem od Centrum Konferencyjnego Zielna, spotkania z okazji czwartej rocznicy śmierci Tadeusza Mazowieckiego. Temat zaplanowanej debaty sformułowany został prowokacyjnie: „Czy zmieniać Konstytucję?” Organizatorami były instytucje, które współtworzył Tadeusz Mazowiecki: „Więź”, KIK, „Schuman”, dołączyło Centrum Edukacji Obywatelskiej, „Konrad Adenauer”. W panelu wybitni konstytucjonaliści z Polski, Węgier, Litwy, Czech. Sędziwy prof. Mirosław Wyrzykowski, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego, w słowie wstępnym przybliży obecnym na tym spotkaniu (a nam, seniorom, przypomniał) wyboistą drogę, jaka wiodła do uchwalenia Konstytucji III Rzeczpospolitej Polskiej: od jednomyślnego przegłosowania przez Zgromadzenie Narodowe, w grudniu 1989, ustawy zmieniającej ustrój państwa, poprzez małą Konstytucję z roku 1992, trwającą pięć lat debatę narodową, referendum konstytucyjne, po uchwalenie w kwietniu 1997 Ustawy Zasadniczej. Walce o jej kształt, o dominację w niej prawa ponad wszystkimi innymi zasadami konstytucyjnymi – w tym równego prawa do wolności obywatelskich i uniwersalnych praw człowieka, o monteskiuszowski trójpodział władzy, przewodził przez cały ten czas mąż stanu, jakiego dała nam historia, Tadeusz Mazowiecki. I to w głównej mierze jego piórem skreślona została przepiękna preambuła do Aktu Konstytucyjnego, stanowiąca jakby esencję jego głęboko przemyślanej koncepcji społeczno-politycznej łączącej wartości chrześcijańskie z myślą oświeceniową – podglebie europejskiej kultury i cywilizacji. Myślę sobie, że jeśli kto szuka źródeł dumy narodowej – to jest nimi właśnie ten tekst, zrodzony tu, w sercu Polski. I myślę sobie również, że nazwanie Konstytucji III RP – konstruowanej mozolnie i w trudzie wobec głosów sprzeciwu, z przewodnią myślą o Człowieku, jego przyrodzonej wolności i równości wobec prawa – „postkomunistyczną” jest szczytem podłości i kłamstwa zatruwających – za sprawą „dobrej zmiany” – polską scenę społeczno-polityczną i umysły Polaków.

Były później głosy konstytucjonalistów z państw ościennych, które – podobnie jak Polska – konfrontowały się z arcytrudnymi problemami transformacji, mówiące z uznaniem o wpływie myśli społeczno-politycznej Tadeusza Mazowieckiego na definiowanie koncepcji ustrojowych w ich krajach i kształt uchwalanych ustaw zasadniczych. Był znakomity przekaz prof. Attila Antala z Węgier o „igrzyskach z konstytucją”, jakie prowadziła rządząca partia Fidesz. Były i inne głosy troski o przyszłość z trudem wypracowanych ustaw zasadniczych definiujących demokratyczne państwo prawa w świetle narastającej fali populistycznego nacjonalizmu, których do końca nie wysłuchałem.

Dołączyłem do wąskiego strumienia ludzi: snuł się tak, „gęsiego”, wzdłuż Jerozolimskich, tuż przy krawężniku, podobno od pół godziny. Widok mało spektakularny – bez transparentów, co najwyżej z przyczepioną do płaszcza kartką A4 z napisem „ja, szary człowiek”; pasażerowie mijających nas samochodów, które musiały nieco przyhamować, nie ukrywali zniecierpliwienia, gapie na chodniku nie szczędzili złośliwych uwag. Smutno. A ta garstka upartych oddających hołd ofierze, która – kosztem życia – chciał „obudzić sumienia”, szła, aby pod siedzibą rządzącej partii po raz kolejny wysłuchać testamentu Piotra Szczęsnego i wykrzyczeć wielokrotnie powtarzane przez Niego słowo „protestuję”. Było nas podobno około trzech tysięcy – w Paryżu, w takiej sytuacji, byłoby zapewne trzysta: to stanowczo za mało, aby wykrzyczane słowo przebiło się przez mury zawłaszczonego na Nowogrodzkiej budynku i trafiło do uszu rządzących stąd Polską.

I tu zaczynają się moje problemy z Piotrem Szczęsnym. W sposób przemyślany, niezwykle trafnie sformułowany protest. Najwyższa ofiara, przed którą chylę czoła, zrodzona z nadzwyczajnej wrażliwości na losy kraju, z egzystencjalnej niezgody na kłamstwo, podłość, cynizm. Doskonale zdefiniowany jej cel: „budzić sumienia”. Zadaję sobie pytanie, czy wśród palących znicze przed PKiN, w miejscu, gdzie doszło do tragedii, była choć jedna matka, był choć jeden brat, sąsiad, przyjaciel, do których sumień apelował Piotr składając ofiarę z życia, czy byli z nami w smutnym marszu pod siedzibę PiS, aby wykrzyknąć człowiekowi, któremu zaufali: „gotowi jesteśmy w dalszym ciągu cię popierać, ale przestań łamać prawo, przestań nas dzielić, przestań szerzyć nienawiść”. I nie mam na to żadnych przesłanek, żeby odpowiedzieć sobie: „tak, byli”. A więc nie tędy droga.

Czy zatem ta wielka, szlachetna ofiara poszła na marne? Czy pozostanie choć mitem jednoczącym opozycję, inspiracją dla nas, składających hołd ofierze Piotra Sz., aby zaprzestać narzekania, szyderstw i próżnych okrzyków „protestujemy”, „żądamy”, a wreszcie przystąpić do tworzenia wizji Polski, która by porwała – tak nas, od dwóch lat drepczących pod siedzibą TK, Sejmem czy przed Pałacem Prezydenckim, jak tych, którzy chcieli inaczej, ale których sumienia buntują się przeciwko bezprawiu, politycznej hucpie i prowadzenia kraju ku cywilizacyjnej przepaści?

Widzę w tych dwóch, jakże różnych, warszawskich wydarzeniach z 6 listopada coś wspólnego: tęsknotę za Polską iście sprawiedliwą, praworządną, demokratyczną. Tam – grono intelektualistów debatujących nad niezbędnymi instrumentami demokratycznego państwa, tu – garstkę „zwykłych ludzi” upominających się, nieco beznadziejnie, o „zwykłą przyzwoitość”. Pośrodku próżnia – te miliony, którym albo wystarczy ponarzekać, albo „nie zależy”, albo którzy urządzili się już, bądź dobrze się czują w nieco zatęchłym grajdole, z którego nie ma spojrzenia w przyszłość. To również do nich apelował Piotr Sz. wołając swoją ofiarą „Obudźcie się!”.

Tak rozumiem testament pozostawiony nam przez Szarego Człowieka, Piotra Szczęsnego: co rychlej przystąpić do tworzenia wizji, która dotarłaby również do tych milionów. „Jeszcze nie jest za późno” – mówi nam Piotr; ale czas nagli!

W Bundestagu AfD, w Sejmie zamach na sądy a’la PAD

Ostatnio rzadko identyfikuję takie chwile, do których chętnie się myślą powraca. Tak było w ubiegły piątek na manifestacji przed Pałacem, za sprawą Akcji Demokracji: jak ktoś to nazwał – „była moc”. A dzisiaj już „business as usual” – kolejne echa ze świata, które zasmucają. Z tych, które dobiegły nas dzisiaj wspomnę o dwóch, które – wydaje mi się – znów w zasadniczy sposób definiują otaczającą nas rzeczywistość.

Wynik niemieckich wyborów parlamentarnych przyjąłem jako potężny błysk czerwonego światła. To, że Kanclerz Merkel utrzyma stanowisko na kolejną kadencję, oczywiste było od dość dawna i przestało już cieszyć, choć wciąż wydaje się to optymalnym wariantem tak dla Europy, jak dla Polski. Natomiast sukces AfD i wejście tej partii do Bundestagu jako „trzeciej siły” jest dla mnie wiadomością porażającą. Budzi realne lęki: o Europę, o Polskę, o przyszłość. Chodzi nie tylko o to, że utrudni to Pani Kanclerz prowadzenie europejskiej polityki, bo chcąc odzyskać utracony na rzecz AfD elektorat będzie zmuszona do wstrzemięźliwości tak w kwestiach integracji (co będzie skutkować kłopotami w niemiecko-francuskim tandemie postrzeganym jako lokomotywa europejskiej pokryzysowej „ucieczki do przodu”), jak w wypracowywaniu, w duchu europejskim, wspólnej polityki migracyjnej. Chodzi o coś więcej. Daje to sygnał, że nacjonalistyczne ciągoty są wśród europejskiego „demos” wciąż żywe, o czym udało nam się po sukcesie Macrona (pod europejskim sztandarem) na chwilę zapomnieć. Sygnał jest silny, ponieważ ma to miejsce wśród „demosu” niemieckiego, który powojenną lekcję odrobił najlepiej. Przypomina o czyhającej na potknięcie Macrona Marine Le Pen, która przecież broni nie złożyła, o czekających na swoje pięć minut Wildersa (Holandia) i Hofera (Austria), o „Nowej sile” (Włochy), „Prawdziwych Finach”, a na naszej flance – o „Fideszu” czy „Jobbiku”, o PiS-ie czy „Ruchu Narodowym”, który zaistniał w polskim Sejmie.

Być może postrzegam to zjawisko w szczególnie ostrych konturach. Zważywszy swoją datę urodzenia – rocznik 1930 – inaczej nie potrafię: bo ja to już raz przeżyłem. Byłem świadkiem katastrofy, do której doprowadziły powielane dzisiaj, po blisko już stu latach, hasła. Dlatego krzyczę, wrzeszczę: ten uśpiony potwór wciąż budzi się z letargu i wciąż gotów jest do skoku. Dlatego wciąż budujmy barykady przed jego jaskinią wszędzie, gdzie kto może i jak kto może: kreślonym słowem, głosem, protestem, tłumacząc, przywołując, piętnując.

Choćby na własnym poletku, tuż pod nosem: agresywne, ONR-owskie marsze pod nacjonalistycznymi, ksenofobicznymi hasłami przebiegające pod szczególną ochroną policji, coraz częstsze akty agresji wobec cudzoziemców – nie tylko o innym kolorze skóry (to przecież nie bierze się znikąd, jest na to przyzwolenie w klimatach politycznych), nasilające się przejawy antysemityzmu mimo, że forsowany przez skrajną prawicę stereotyp uchodźcy-terrorysty coraz bardziej przejmuje rolę podstępnego, mafijnego, czyhającego a nasz dobrostan Żyda. Słyszałem w „wieczorze wyborczym” TVN polityków Zjednoczonej Prawicy komentujących sukces AfD – ze słabo skrywanym zadowoleniem – słowami: „szanujmy demokrację” i zabrzmiało mi to jakby echem tych głosów, które wskazywały na demokrację w latach trzydziestych, kiedy fala nacjonalizmu zalewała Europę. Tak, to ci sami, którzy podrzucają nawiązującej do faszystowskich wzorców niemieckiej partii amunicję podnosząc – po 72 latach od zakończenia wojny – kwestię reparacji wojennych.  Pomijając zawiłe, nie do pokonania, meandry w kategoriach prawnych, pomijając absurdalny z punktu widzenia interesów Polski, wiszący w powietrzu, spór polityczny z sąsiadem, z którym historyczny proces pojednania jest jednym z filarów europejskiego bezpieczeństwa, w najnowszej historii Europy odgrzewany po latach spór o reparacje był każdorazowo zarzewiem narastającej wrogości i rozniecania  toksycznych nacjonalizmów. Więc – porażeni sukcesem niemieckiej AfD – krzyczmy jeszcze głośniej, bo okazuje się, że czort nie śpi w każdy zakamarku naszego małego kontynentu i trzymajmy kciuki za sukces integrującej się Europy i za pogłębianie się ukształtowanych w niej wartości.

Z wydarzeń na polskiej scenie politycznej najbardziej medialne jest, oczywiście, ogłoszenie przez Prezydenta własnych projektów dwóch zawetowanych ustaw. Tu jestem w sytuacji znacznie bardziej komfortowej, bo mnie one nie zaskoczyły. Dla przypomnienia sięgam do swoich notatek z lipca tego roku i czytam w nich, co następuje:

Prezydenckie weto, na które niewątpliwie miały wpływ protesty społeczne, nie jest bez znaczenia, bo stanowi początek procesu lekkiej dekompozycji rządzącej elity, ale nie zmienia istoty tej operacji – pozbawienia sądów ich politycznej niezawisłości. Ja nie mam złudzeń: Andrzej Duda jest stałym elementem obozu „dobrej zmiany”, agonia „trzeciej władzy” przedłużona została o dwa, trzy miesiące. Po dokonaniu zamachu na Trybunał Konstytucyjny, likwidacji służby cywilnej, rewolucji w strukturze obronności kraju …, deformie systemu edukacji … następuje zniszczenie ostoi monteskiuszowskiej praworządności, fundamentu liberalnej demokracji. Do jej totalnego zniszczenia pozostaje skok na wolne media i samorządy…, może jeszcze referendum konstytucyjne i zmiana ordynacji wyborczej…

A wkrótce po tym, w innym tekście:

Panie Prezydencie, gorąco współczuję! Współczuję Panu małości. Współczuję tego psychicznego dyskomfortu ilokrotnie będzie się Pan przeglądał w lustrze. Po popełnieniu grzechu ciężkiego wobec Konstytucji, której przysiągł Pan strzec, w grudniu 2015, otrzymał Pan niepowtarzalną już szansę podniesienia się z tego grzechu, dokonania zadośćuczynienia, choćby jakimś tam politycznym kosztem. Nie uczynił Pan tego. Nie skorzystał Pan z danej Panu raz jeszcze, w nadzwyczajnych okolicznościach, możliwości opowiedzenia się po stronie narodu, który tak często pojawia się w Pana retoryce. Więc Panu współczuję. Współczuję fraz, jakimi uwieczniony zostanie Pan na kartach historii. Współczuję, bo nie ma we mnie nienawiści ani pogardy. Wobec małości pozostało mi tylko współczucie.

Więc się nie pomyliłem, a tak bardzo tej pomyłki pragnąłem. Byliśmy świadkami trwającego dwa miesiące spektaklu, któremu towarzyszył spokojny na ogół ton wypowiedzi Jarosława K.: zdenerwowany był tylko pierwszego dnia „po wecie”. On wiedział, że to tylko wypadek przy pracy i że o żadnej poważnej wolcie w stworzonym przez siebie układzie, póki co, nie ma mowy. Lekka dekompozycja wyrazi się zapewne w werbalnym uznawaniu prezydenckiej roli kosztem innych graczy politycznych we własnych szeregach. Priorytety narzuconej Polsce polityki nie drgną nawet o jotę, a Andrzej Duda – decydując się na sięganie po swój urząd – musiał być ich w pełni świadomy. Musiał wiedzieć o tym, że władztwo tej formacji pod przywództwem jej wodza zakłada wyeliminowanie wszelkich ograniczeń: tak ze strony swobód obywatelskich, jak kształtowania opinii, systemu sądów czy nawet czynników zewnętrznych. Z racją stanu włącznie. I z tej gry nie wychodzi.

A przechodząc do meritum, to jest do losów Sądu Najwyższego i KRS-u w świetle  proponowanych konkretnych rozwiązań, myślę, że nie jest obywatelską rolą wypowiadanie się w kwestiach, w których wypowiedź wymaga szczególnych kompetencji. Wysoce kompetentnych głosów ze strony uznanych autorytetów zresztą nie brakuje: tak w sprawie propozycji Izby Dyscyplinarnej SN, jak Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (możliwość zaskarżania prawomocnych wyroków od roku 1997!), jak „nowego wieku emerytalnego”, jak wyboru (przez Sejm!) „trzema piątymi” części sędziowskiej KRS. Obywatelską rolą jest protest przeciwko zamachowi na demokratyczne rządy prawa, na ich fundament – zasadę trójpodziału władzy – tak, jak widziany jest on tzw. gołym okiem. A „gołe oko” widzi to tak: Pan Prezydent przejmuje prerogatywy przypisywane w zawetowanych ustawach Ministrowi Sprawiedliwości i dodaje sobie kilka innych; Sejm przejmuje kompetencje samorządu sędziowskiego i obsadza „swojakami” najwyższe organa sądownicze; SN i KRS stają się wydmuszką – powtarza się scenariusz zamachu dokonany na Trybunale Konstytucyjnym; niezawisłość sędziowska przechodzi do historii; „swojacy” w Izbie… Spraw Publicznych decydują o prawomocności wyborów powszechnych i zasadności wyborczych skarg. Jedno z zasadniczych ograniczeń autorytarnej władzy zostaje demokratycznie (bo przez parlament) usankcjonowane. Walec się toczy – faszyzacja państwa postępuje.

Więc obywatel protestuje, choć na razie bez efektów. Nie daj Boże, żeby tego protestu zaniechał!

 

 

Unia łapie wiatr w żagle

Bo jak nie teraz, to kiedy?

„Musimy dokończyć to dzieło teraz, kiedy słońce świeci. Bo kiedy znów pojawią się na horyzoncie chmury – a zapewne się pojawią – będzie już za późno” – konkluduje w tegorocznym Orędziu o Stanie Unii Jean-Claude Juncker. Warto tu też dodać wieszcze słowa Ojca Założyciela – Roberta Schumana – sprzed 67 lat: „Europa nie powstanie od razu ani według ustalonego planu: będzie powstawała poprzez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność”. A ponad 30 lat później podsumowanie minionego czasu przez Helmuta Kohla i Jacques Delors: „Europa szła do przodu wtedy tylko, kiedy wykazywała odwagę”.

Coroczne Orędzia, wygłaszane jesienią przed Parlamentem Europejskim, nie są tylko tradycją. Do ich wygłoszenia zobowiązuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej Traktat Lizboński. W latach narastających kryzysów nie były optymistyczne: recesja, wzrastające bezrobocie, kłopoty z Grecją i euro, wreszcie na niespotykaną dotąd skalę kryzys uchodźczy i odradzające się narodowe egoizmy budziły lęki, obniżały wiarę w skuteczność Unii, poddając nawet w wątpliwość jej sens. Równocześnie rodziło się pytanie: jeśli nie Unia, to co? Czyżby powrót do toksycznych nacjonalizmów, do zamykania się w plemiennych wspólnotach, do zgubnych rywalizacji, a – być może – wrogości we wspólnym obszarze kulturowym w dobie globalizacji i wzrastających światowych potęg? Na to zgody europejskiego „demos” nie było! Trzeba było wyciągnąć wnioski z przyczyn kryzysów, trzeba było zarysować nową wizję „skoku do przodu”: bo jak nie wstecz – to tylko naprzód, innych możliwości nie ma. Ubiegłoroczne Orędzie dawało przedsmak tej wizji pod hasłem: „Europa chroni, wspiera i broni”. Miniony rok przyniósł nowe bodźce: wyborcze  porażki „nacjonalistycznego wzmożenia” ugrupowań Geerta Wildersa w Holandii i Norberta Hofera w Austrii, doświadczenia wypływające z „Brexitu”, sukces wyborczy Emmanuela Macron pod unijnymi hasłami. Jest sprzyjająca koniunktura gospodarcza. W marcu pojawiła się „Biała księga” inicjująca debatę nad przyszłością Unii w oparciu o pięć zaproponowanych wariantów: unijni komisarze odwiedzili dziesiątki europejskich miast, odbyło się setki spotkań i konsultacji w narodowych parlamentach, w środowiskach akademickich, biznesowych, organizacji pozarządowych. W klimacie nadziei narastało oczekiwanie na mocny głos, „co dalej”.

W takiej atmosferze Jean-Claude Juncker wygłaszał tegoroczne Orędzie. Śmiałe. Podsumowujące dokonania – znaczny wzrost europejskiego PKB, spadek bezrobocia – 8 milionów nowych miejsc pracy, wzrost inwestycji, znów pełna zdolność banków do kredytowania przedsiębiorców. Zarysowujące wizję Europy bardziej zjednoczonej, silniejszej, bardziej demokratycznej – wizję w perspektywie roku 2025, ale też prezentującą założenia konkretnych pomysłów do zrealizowania przed upływem obecnej kadencji: linia demarkacyjna – to opuszczenie Unii przez Wielką Brytanię, w marcu 2019, a wkrótce po tym, w maju, europejskie wybory parlamentarne.

Wydaje mi się niemożliwe – chyba również niecelowe – streszczanie przemówienia, którego wygłoszenie zajęło ponad godzinę i które stanowi ciąg głębokich refleksji (wynikających min. z przeprowadzonej europejskiej debaty) i wynikających z nich dziesiątek konkretnych propozycji. Pragnę więc podzielić się tym, co w sposób szczególny przyciągnęło moją uwagę; tym, co – wydaje mi się – wskazuje już wyraźnie kierunek, w którym pójdzie Unia po swoim kolejnym, pokryzysowym otwarciu. Dlatego też pomijam pięć (bardzo ciekawych) priorytetów zarysowanych na najbliższe kilkanaście miesięcy kończących kadencję unijnych władz. Koncentruję się na wizji Europy „bardziej zjednoczonej, silniejszej i bardziej demokratycznej” w perspektywie kolejnych siedmiu lat.

Będzie to Europa bardziej świadoma swojej tożsamości, sensu swojego istnienia. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć wręcz wzruszające słowa Junckera, pod którymi – znów mi się tak wydaje – dzisiaj podpisuje się większość wiodących unijnych polityków: „…Love for Europe because Europe and the European Union have achieved something unique in this fraying world: peace within and outside of Europe. Prosperity for many if not yet for all…”

Będzie to Europa pogłębionych wartości, które stanowić będą drogowskaz (compass) w każdym podejmowanym kolejnym działaniu unijnej wspólnoty, w utrwalaniu wzajemnych relacji, w poszukiwaniach kompromisu w przypadku pojawiających się różnic. Jako najbardziej fundamentalne – wyjęte z Karty Praw Podstawowych – w Orędziu wymienione zostały trzy: wolność – „…od ucisku i dyktatury…”, „…którą zbyt często postrzegamy jako oczywistość…”, „…na której Unia została zbudowana…”, „…która nie spadła nam z nieba…”, „…której wciąż trzeba bronić…”; równość – „…wszystkich członków Wspólnoty od Wschodu do Zachodu, od Północy do Południa…”: nie może być obywateli drugiej klasy, pracowników drugiej klasy (równa płaca za tę samą pracę w tym samym miejscu), konsumentów drugiej klasy (ta sama jakość produktów we wszystkich krajach Unii); rządy prawa – „…w Europie siła prawa wyparła prawo silniejszego”, „…prawo i sprawiedliwość egzekwowane jest przez niezależne sądy…”, „…orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości są ostateczne i muszą być powszechnie respektowane…”, „…rządy prawa w UE nie są kwestią wyboru – są jej fundamentem…”, „…nasza Unia jest wspólnotą prawa…”

Według wizji Junckera Europa bliskiej już przyszłości wina być bardziej zjednoczona: nie poprzez zmiany Traktatów, a poprzez reformy Instytucji. Poprzez umocnienie zasady kompromisu w przezwyciężaniu różnic z rezultatem „win – win”, bo bez kompromisu niewyobrażalne jest umacnianie demokracji. Poprzez przeciwstawianie się wykluczeniom, zmianie opcji na włączającą: dotyczyć to winno tak strefy Schengen, jak strefy euro, Europejskiego Filaru Praw Socjalnych (ustalenie Europejskich Standardów Socjalnych), czy nawet perspektyw dalszego rozszerzania Unii w przyszłych kadencjach. W odniesieniu do strefy euro – to jakby spojrzenie na problem odwracając lornetkę: nie zamykanie się „w klubie”, a objęcie „klubem” wszystkich państw członkowskich; ustalenie euro jednolitą walutą unijnej wspólnoty poprzedzone powołaniem Instrumentu Euroakcesyjnego, który służyłby wszelką pomocą włącznie ze wsparciem finansowym; nie tworzenie odrębnego budżetu, a wzmacnianie budżetu ogólnounijnego w oparciu o euro; nie powoływanie odrębnego parlamentu, a wzmacnianie „eurolobby” w Parlamencie Europejskim.

Orędzie kreśli Europę silniejszą i bardziej efektywną poprzez wzmocnienie jednolitego rynku, włączenie się wszystkich państw członkowskich do Unii Bankowej, zaangażowanie w tworzenie Unii Monetarnej: nad koordynacją instrumentów  finansowych winien czuwać unijny minister gospodarki i finansów – komisarz umocowany analogicznie do Wysokiego Przedstawiciela Unii ds. Zagranicznych, w funkcji wiceprzewodniczącego Komisji, odpowiedzialny bezpośrednio przed Parlamentem Europejskim. Zdaniem Junckera, znaczne zwiększenie efektywności w funkcjonowaniu Unii jako „globalnego aktora” przyniosłaby rezygnacja z jednomyślności na rzecz większości kwalifikowanej w podejmowaniu węzłowych decyzji dotyczących wspólnej gospodarki i spraw zagranicznych. Efektywność Unii – to również w znacznej mierze koncentrowanie się na zagadnieniach strategicznych, wymagających wspólnego wysiłku i wspólnej troski: Unia nie powinna „regulować wszystkiego” – w spawach tego nie wymagających winna przekazać kompetencje państwom członkowskim, bądź przesunąć je na poziom regionalny i lokalny. Pracuje już nad tym powołany Zespół ds. Pomocniczości i Proporcjonalności (Task Force).

Europa silna – to Europa bardziej bezpieczna: to dokonanie kolejnego kroku w walce z terroryzmem – powołanie Europejskiej Agencji Wywiadowczej dla sprawnego przekazywania danych, Europejskiego Prokuratora Publicznego dla tropienia transgranicznych zbrodni terrorystycznych. To wyjście naprzeciw oczekiwaniom NATO i wzmocnienie zdolności obronnych zewnętrznych granic Unii, czemu może służyć powołanie Europejskiej Unii Obronnej – platformy stałej współpracy strukturalnej – i towarzyszącego jej Funduszu.

Kolejnym wyzwaniem, jakie definiuje Orędzie – to Europa bardziej demokratyczna, spełnienie oczekiwań europejskiego „demos”. W swojej wizji Juncker wychodzi temu naprzeciw proponując nowe spojrzenie na proces wyborczy: większą aktywność europejskich partii politycznych, w tym organizowanie konwencji wyborczych na terenie państw członkowskich, zmianę zasad finansowania europejskich partii tak, żeby ograniczyć wspieranie marginalnych struktur antyeuropejskich ekstremistów, transgraniczne listy wyborcze. Daleko idąca jest propozycja połączenia funkcji przewodniczących Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej z prowadzeniem szerokiej kampanii wyborczej na terenie państw członkowskich, co symbolizowałoby charakter Unii jako Wspólnoty Państw i Obywateli. Unia bardziej demokratyczna – to także Unia bardziej świadoma swojej wspólnej historii.

To, oczywiście, tylko głęboko przemyślana, oparta na debacie nad Białą Księgą,  wizja; propozycje, które znajdą w większym lub mniejszym stopniu swoje odzwierciedlenie w doniosłej wagi decyzjach podjętych na kolejnym unijnym szczycie w marcu 2019, pakiecie, który zawierać będzie odpowiedź na wciąż palące pytanie: dokąd zmierzać będziesz, Europo, w ciągu najbliższych co najmniej siedmiu lat. Dynamika życia politycznego jest tak intensywna, że treść tej odpowiedzi wciąż stanowi znak zapytania, wydaje się jednak, że od zarysowującego się od roku kierunku nie ma odwrotu, a wygłoszone przed kilku dniami Orędzie zdaje się to potwierdzać. Warto jeszcze tylko dodać, czym Jean-Claude Juncker kończy zarysowaną „mapę drogową” do europejskiego „nowego otwarcia”: życzeniem, aby europejski „demos”  mógł uczestniczyć w  europejskich wyborach parlamentarnych w maju 2019 z głębokim przekonaniem, że „jego” Unia spełnia pokładane w niej nadzieje i oczekiwania.

Gdzie w tym wszystkim jest Polska?

W Orędziu, w różnych kontekstach, padały nazwy różnych państw – Polski wśród nich nie było, choć w wiele fragmentów wyraźnie się wpisywała. Elegancko. Dyplomatycznie. Mniej dyplomatyczne były liczne głosy w trzygodzinnej debacie parlamentarnej na temat wygłoszonego przemówienia. Przedstawiciele najliczniejszych grup parlamentarnych – chadecy (EPP), socjaliści (S&D), liberałowie (ALDE) gratulowali, dziękowali za inspiracje, które ułatwią proces podejmowania finalnych decyzji „co dalej”. W tej debacie Polski już nie oszczędzano wyraźnie kojarząc kontekst z adresatem. W trosce o Unię wzywano rząd polski, którego polityka drastycznie odstaje od trendu ukierunkowanego na proponowane reformy i „nowe otwarcie”, do zmiany kursu – ponownego dołączenia do Europy i uznania europejskich wartości. Ale znaleźli się również obrońcy polskich narodowych aspiracji. To, że znajdą się w grupie „konserwatystów i reformatorów” (ECR), do której należą parlamentarzyści PiS, było dość oczywiste. Niestety, nie zaskakuje również, że krytykami dalszego jednoczenia się Europy pod sztandarem wartości byli członkowie marginalnych ugrupowań skrajnych, jaskrawo eurosceptycznych, tak „z lewej” jak „z prawej” – zjednoczona lewica (GUE), narodowcy z EFDD i „lepenowskiej” ENF; płomienną mowę w obronie polityki Polski i Węgier wygłosił „motorniczy” Brexitu, Nigel Farage.

Przychodzą na myśl pamiętne słowa Jarosława Kaczyńskiego, które zaskoczyły nawet zarzekających się, że niczym ich już nie zaskoczy: „…jeżeli w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie osamotnieni – to pozostaniemy: i będziemy wyspą wolności i tolerancji…”. No więc, Panie Prezesie, jest tak: z Unii nikt nas nie wyrzuci, bo żaden unijny traktat takiego mechanizmu nie przewiduje. Również żaden powołany przez Pana rząd Polexitu nie zarządzi, bo „piarowo” byłoby to dla Pana formacji, w Polsce, zabójcze: zapewnia nas o tym, już z góry, Pani Premier. Natomiast, wobec Pana totalnego „non possumus”, wobec demonstracyjnej odmowy jakiegokolwiek kompromisu, wobec zerowej zdolności koalicyjnej z kimkolwiek w Europie, jesteśmy osamotnieni już teraz, i to nie „w pewnych sprawach”, a w sprawach dla polskiej państwowości fundamentalnych. To niesłychane: w imię własnych obsesji, obłędnej wizji narodowego państwa i dawno przebrzmiałego pojęcia suwerenności, podeptał Pan najcenniejszy dar, jaki otrzymaliśmy od najnowszej historii – wrastania w europejską wspólnotę, fundament polskiej racji stanu. Cóż pozostaje nam, obywatelom świadomym spustoszenia, jakie pozostawia za sobą ciągnięty przez Pana walec? Protestować – uparcie, konsekwentnie, wbrew obelgom i wzrastającemu zagrożeniu. Dawać świadectwo, że wciąż istnieje inna Polska, wewnętrznie silna i zdeterminowana, różna od tej, której twarzą jest Pan. Nieustannie wznosić okrzyk, który byłby słyszany na świecie, w europejskich stolicach, w Brukseli i Strasburgu: „Europo, poczekaj, wrócimy!”.

Po co nam ta Unia?

Kiedy opowiadam moim młodym przyjaciołom o fascynujących spotkaniach z młodzieżą której – zaproszony przez nauczycieli historii – mam coś powiedzieć o Europie i o tym „po co nam ta Unia”, często słyszę: „musisz to napisać”. Warto dodać: moi przyjaciele, o których mowa, którzy namawiają mnie, „żebym napisał”  – to w przeważającej mierze roczniki lat osiemdziesiątych, jak przez mgłę kojarzący „Solidarność”, najczęściej aktywni społecznie, działacze NGO-sów, a młodzież, której opowiadam o Europie, do wyobraźni której chcę trafić  – to ostatnie klasy gimnazjum, licealiści, klasyczni „teenagers”. Czy mi się to udaje? Odnoszę wrażenie, że dla wielu z tych dzieciaków wchodzących dopiero w dorosłość jest to pierwsza okazja usłyszenia czegoś o wojnie, wokół której snuję zazwyczaj swoją europejską opowieść, bowiem to przecież jej okrucieństwa leżą u podstaw europejskiego projektu, który już z końcem wojny rodził się w głowach ówczesnych wielkich mężów stanu. Moi młodzi słuchacze znają z grubsza fakty, daty, najzdolniejsi wymieniają  kilka wielkich bitew „drugiej światowej” – bez emocji, tak, jak się zna z nauk szkolnych twierdzenie Pitagorasa, nazwy kontynentów i europejskich stolic. A ten stary, siwy pan, którego kazano im dzisiaj posłuchać odwołując jakąś lekcję,  opowiada im schrypłym głosem taką okrutną bajkę – jakby wyjętą ze zbiorów Grimma – o tym, co sam przeżył, co przeżywali ich dziadkowie, kojarząc to w dodatku z Unią Europejską, o której wiedzą tyle, co z awantury o jakiś Trybunał Konstytucyjny czy z anegdoty o prostowaniu ogórków. Zastanawiam się, czy nie jest to ten sam motyw, który sprawia, że moi przyjaciele, dzisiejsi trzydziestolatkowie, proszą mnie, żebym „to napisał”.

Więc zdecydowałem się i piszę, a do tej decyzji skłoniła mnie również data w kalendarzu, który codziennie otwieram: 1-szy września. Zawsze przeżywam ten dzień z głęboką nostalgią, bo nie jest on dla mnie tylko datą wybuchu wojny. Jest niezwykle ważny w mojej najbardziej osobistej biografii: tego dnia, przed bardzo już wielu laty, skończyło się moje pogodne, beztroskie dzieciństwo. Miałem wówczas dziewięć lat.

Tego dnia usłyszałem po raz pierwszy trzykrotne wycie syren. To był zapowiedziany przez radio sygnał: alarm lotniczy, wszyscy do schronów. Nasz był na podwórku – głęboki wykop przykryty arkuszem blachy. Popłoch, groza, płacz, lęk – to jest naprawdę wojna. Taki lęk odczułem po raz pierwszy, bo nie rozwiała go ciepła dłoń mamy na czole i jej spokojny głos: „nie bój się, synku, nic się nie dzieje”. Ona się też bała. I z tym lękiem trzeba już było żyć przez kolejne pięć lat – trzeba go było oswoić. Po chwili huk – to wybuch bomby. Trafiła w budynek dwa domy dalej – tam mieszkali nasi przyjaciele, do których rodzice chodzili często „na preferansa”, z ich synkiem, Jędrkiem układaliśmy wtedy zamki z klocków albo podjadaliśmy w kuchni świetne konfitury. Teraz dręczy pytanie: czy żyją? Takie dręczące pytania, o najbliższych, były przez kolejne lata na porządku dziennym.

A kilka dni później państwowy urząd, w którym pracowała mama, zarządził ewakuację pracowników. Na wschód – byle jak najdalej od frontu z nadzieją, że się cofnie, że to przecież minie, że życie wróci do normy. Nie wróciło. Tymczasem dwa ciężarowe samochody, przystosowane na prędce do przewozu ludzi, wiozły nas w nieznane, bo nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd. Można było wziąć ze sobą jedną walizkę i torbę podróżną. Drogi zatłoczone, bo wszyscy gdzieś się przemieszczali  szukając bezpieczeństwa, a wkrótce także szukając schronienia po wypędzeniu, bądź po opuszczeniu zgliszcz spalonych domów: nieprzerwany ciąg wyładowanych dobytkiem furmanek (samochody były rzadkością), idących pieszo ludzi dźwigających swoje tobołki. To jeden z obrazów wojny, jaki pozostał mi w trwałej pamięci. A nas, na jakiejś przewężce drogi, gdzie tłok był wyjątkowy, zaatakowały trzy Messerschmitty. Dokonały kilku okrążeń tuż nad naszymi głowami – wystarczył już przeraźliwy jazgot silników, żeby wzbudzić popłoch, ludzie uciekali w pole, ci co nie dawali rady, kładli się plackiem na szosie, gdzie kto mógł kryjąc głowy. Przy ostatnim okrążenia seria z działek pokładowych wymierzona w ten zdesperowany tłum. Kiedy już huk silników przebrzmiał, okazało się, że nie wszyscy się podnieśli: kilka ofiar konało w kałużach krwi. Ściągnięte z szosy, pozostawione na poboczu zwłoki stawały się coraz częściej fragmentem krajobrazu. A któregoś wieczora, na kwaterze w chłopskim gospodarstwie, widok, który pozostał mi w pamięci na zawsze: w oddali płonące całe miasto – była to Włodawa.  Kiedy wiele lat później czytałem sienkiewiczowski „Quo vadis”, tak właśnie wyobrażałem sobie pożar Rzymu.

Okupacja – trzeba było się z nią zmierzyć. Mnie wypadło mierzyć się z tym okrutnym czasem w niewielkim miasteczku pod Radomiem, na skraju Puszczy Kozienickiej.  Wojenny los rzucił mnie tam z mamą, ojciec wciąż pozostawał w Warszawie od pierwszych dni działając w podziemiu – wpadał do nas rzadko, chyłkiem, żeby pożegnać się przed kolejną misją, z której mógł nie wrócić. Wracał. Zginął już po wojnie, jako jedna z jej licznych, jakby spóźnionych, ofiar. Obowiązkowo chodziłem do siedmioklasowej szkoły powszechnej – offentlische polnische Volksschule. Przez wszystkie lata nauki było w niej pięć przedmiotów: religia, język polski, przyroda, arytmetyka, rysunki; okupant zdecydował, że tyle trzeba, aby przyszły niewolnik był w swojej pracy efektywny. W połowie okupacji miałem szczęście dołączyć do „tajnych kompletów” – nie każdy na nie trafiał, nie dla każdego znajdowało się miejsce. To była już dość głęboka konspira: pod podany w danym dniu adres przychodziliśmy pojedynczo (była nas piątka), z zeszytami „za pazuchą”, okna przesłonięte kotarą, przed domem zawsze ktoś z domowników na czatach. Podręczniki (stare, przedwojenne) pozostawały ukryte w domu, jeden, niezbędny do przeprowadzenia lekcji, wyciągany był ze skrytki, zwykle pod podłogą. Program obejmował wszystkie obowiązujące w gimnazjum przedmioty, ale w pamięci pozostały lekcje polskiego (literatury) i historii. Prowadził je nikomu w miasteczku nieznany – zjawiał się jakby spod ziemi – stary, siwy profesor, łacinnik (bo była również łacina), w wytartej marynarce, ale zawsze w muszce i srebrnych binoklach. Zwykle rozpoczynał lekcję  od „wiadomości z frontu” – gdzie aktualnie walczą pancerni kawalerzyści gen. Maczka, gdzie II Korpus gen. Andersa – po czym przechodził do lekcyjnego meritum – snucia takiej cudownej w tamtych realiach bajki, w której przeplatały się postacie historycznych bohaterów z bohaterami wielkiej, polskiej literatury. Słuchaliśmy tych opowieści w nabożnym skupieniu i nie jeden raz łza się w oku kręciła chłopakom, którzy na co dzień o niczym innym nie marzyli, jak o tym, żeby w kieszeni mieć „gnata” – polskiego Visa czy radzieckie TT – po to, żeby zabijać. Niemców. Tych w znienawidzonych mundurach „feldgrau”. Sprawców naszego upokorzenia. Naszej nieznośnej biedy. Naszego nieustannego lęku przed tym niewiadomym, co stać się może dziś, jutro. Sprawców tego okrucieństwa, jakiego jesteśmy świadkami.

Pozostają w pamięci sceny niezatarte przez całe, długie życie. Ot, choćby ta: idę z kolegą główną ulicą tego naszego miasteczka. Po chodniku – jezdnia wybrukowana „kocimi łbami”, po jej drugiej stronie, zamiast chodnika – piaszczysta droga dla furmanek. Naprzeciwko nas człapie nią żydowskie dziecko, chłopak znacznie od nas młodszy, w za obszernej marynarce (chyba ojca – jest chłodny dzień), w cyklistówce, z gwiazdą Dawida na ramieniu. Jemu nie wolno jest iść chodnikiem. Za nim nadjeżdża konno – zapewne wraca ze spaceru – oficer SS, dorodny, wyprostowany, jakby wyjęty z żurnala. Dziecko go nie widzi, nie wie, że stoi mu na drodze, skąd więc może ustąpić? SS-manowi to przeszkadza, musi zejść z kłusa: grymas na twarzy, sięgnięcie do kabury, strzał. Celnie – w tył głowy. Daje łydką znak konikowi, że droga wolna, znów kłus. Chłopiec leży w kałuży krwi, drga, wkrótce sztywnieje. Zbrodniarze nie lubią świadków: SS-man odwraca się w naszą stronę i wrzeszczy „Raus!” A teraz inna. Sobotni jarmark, targowisko, na którym można kupić jarzyny, czasem udaje się również kawałek „rąbanki” – to takie byle jak poćwiartowane mięso z nielegalnego uboju, a transakcja zawsze ryzykowna, bo grozi za nią wywózka do Niemiec „na roboty”; ale trzeba jakoś przeżyć, wystanego w wielogodzinnej kolejce mięsa „na kartki” starcza na dwa obiady w miesiącu. Czasem wpada na ten jarmark patrol Wehrmachtu: a to przewrócą jakiś stragan, jak im się właściciel nie podoba, a to kogoś zrewidują – budzą strach, ale w sumie nie są groźni. Tym razem było inaczej. Podjechały dwie wojskowe „budy”, wysypało się z nich komando SS. Automaty na piersiach w pozycji „do strzału”. Szczelnym kręgiem otaczają targowisko i wszystkim każą gdzieś iść. Ludzie gnani są wzdłuż dwóch ulic, do pobliskiego młyna. Wokół młyna jest łąka, tam stajemy – przed nami dziwna konstrukcja, wkrótce okaże się, że jest to szubienica. Nadjeżdżają kolejne „budy”, z jednej z nich żandarmi wyprowadzają pięciu mężczyzn – ręce związane „do tyłu”, usta zaklejone taśmą. W jednym z nich rozpoznaję chłopaka z mojej ulicy, jakby sąsiada – może pięć, sześć lat starszy ode mnie. „Techniczne przygotowania do operacji” przebiegają błyskawicznie – to profesjonaliści.  Autem nadjeżdża ktoś wyższej rangi, odczytuje wyrok, z czego wyłowić można tylko jedno słowo: Banditen. Wkrótce na wietrze bezwładnie dynda pięć ciał. Żandarmi odjeżdżają – koniec spektaklu.  Byliśmy widownią, która miała na to patrzeć – dla przestrogi, dla wzbudzenia paraliżującego lęku. Okazało się, że byli to chłopcy z oddziału „Longina” „chodzącego” po Puszczy Kozienickiej, o którym słyszało każde dziecko.

Czy tym lękiem żyliśmy w każdej minucie tej strasznej wojny, która w Polsce wyrażała się okupacją? I tak i nie. On gdzieś tkwił w trzewiach, ale na co dzień był jakby schowany, oswojony. Pół miliona Polaków oswoiło go bardziej niż inni angażując się w struktury Państwa Podziemnego (to był fenomen na skalę Europy), trwała nieustępliwa walka, były chwile radości, kiedy „gazetki” (podziemna bibuła) donosiły o niemieckich klęskach, sukcesach aliantów, dokonaniach polskiej partyzantki. Przeciętny mieszkaniec Generalnej Guberni walczył przede wszystkim o przetrwanie: żeby nie wejść „w łapankę”, gdzie ni stąd ni z owąd zgarniano ludzi i wywożono, jak niewolników, do pracy w Niemczech, żeby zdobyć minimum środków na niezbędne potrzeby, bo bieda była potężna. W moim rówieśniczym środowisku byliśmy tacy „mali dorośli”: jeszcze w końcu dzieciaki, ale już doprawdy czujący brzemię odpowiedzialności. Temat, jak pomóc tym naszym zatroskanym mamom, był na porządku dziennym – rodzin bez ojców było wiele, jedni gdzieś walczyli, inni w obozach (aresztowania pod byle pretekstem były zjawiskiem codziennym), jeszcze inni zaginęli gdzieś w zawierusze wojennej. Ja przez dwa lata hodowałem jedwabniki, z jednym z kolegów ze sporym sukcesem „produkowałem” mydło, próbowaliśmy nawet „pędzić” bimber z ziemniaków. Pod koniec okupacji, jako czternastolatek, pracowałem w smolarni: poza niewielką zapłatą dawało to „dobre papiery” na wypadek łapanki.

A ponad wszelkie okoliczności byliśmy w końcu w tym wieku, kiedy dostrzegasz, że obok ciebie stoi dziewczyna i że ma pięknie upleciony warkocz, a inna – wpiętą we włosy błękitną kokardę. Były więc i „potańcówki” – tak to się wtedy nazywało: stary patefon na korbę i na szpilki, stare, zgrane, przedwojenne płyty firmy „Odeon”. Odkrywaliśmy rytmy tanga i walca (dziewczyny zawsze były w tym lepsze), no – i po raz pierwszy w życiu bliskość „tej z warkoczem”. Jednak i tu było pewne ryzyko: muzyka musiała być przyciszona, przy zamkniętych oknach, żeby nie zwrócić uwagi przechodzącego patrolu żandarmów, bo gromadzić można się było nie więcej, jak w pięć osób, a większa grupa młodzieży w jednym miejscu – to już był pretekst do represji. O wieczornych spacerach w upalne lato można było tylko pomarzyć – obowiązywała godzina policyjna.

Była później jeszcze próba dołączenia do oddziału „Longina”, który szedł do Kampinosu, na odsiecz Warszawie – przy pierwszej potyczce masakra, znów krew, śmierć, ranni. Później krótka przygoda w tzw. małej dywersji. Ale to już nieco inna bajka.

Wszystko to brzmi w końcu dość banalnie – ot, taka wojenna codzienność widziana oczami dziecka, trochę przedwcześnie zapędzająca w dorosłość, trochę głębiej niż w czasach normalnych rzeźbiąca osobowość i ustalająca hierarchię wartości. Gdzie tu szukać przełożenia na śmiały, powojenny projekt innej niż dotychczas Europy, na dzisiejszą Unię Europejską z jej fundamentalnymi wartościami? A jednak… Niewyobrażalny dramat Holokaustu, dymiących kominów krematoriów, sowieckich łagrów, śmierci ponad 60 milionów istot ludzkich podczas „drugiej światowej”, opisany został w tysiącach tomów historycznych analiz. A to taki mikroskopijny pendant – jak ziarnko piasku w relacji do pustyni – pokazujący, jak ideologia „narodowego wzmożenia” przekładać się może na losy szarego człowieka, jakie sieje spustoszenie, jak odczłowiecza istotę ludzką, jak likwiduje przestrzeń wolności. I wciąż myślę, że to może trafiać do wyobraźni młodych ludzi kiedy mówimy o tym, na jakich wartościach Jean Monnet, Robert Schuman i inni mężowie stanu owych czasów – wielcy na miarę herosów – zaproponowali budowę powojennej Europy po to, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. Wizjonerska myśl trwałego pojednania śmiertelnych wrogów, położenia kresu odradzaniu się toksycznych nacjonalizmów w atmosferze powojennej nienawiści tak po stronie zwycięzców, jak zwyciężonych, wydawała się mrzonką. Wciąż jeszcze świeże wydawały się mogiły miliona ofiar z nad Sommy, kolejnego z pod Verdun, nie mówiąc o milionach poległych w tej wojnie, tak Niemców, jak Francuzów, Włochów, nie mówiąc o wygnańcach, nie mówiąc o bezmiarze cierpień, wyrządzonych sobie krzywdach. A jednak się udało, bo wizja „powtórki” przerażała jeszcze bardziej, bo propozycja wspólnej Europy była przede wszystkim propozycją wspólnoty pokoju. Krok po kroku, poprzez wspólne budowanie – zaczęło się od śmiałej próby połączenia potencjału węgla i stali, poprzez wtopienie się we wspólnotę interesów gospodarczych; czerpiąc ze skarbnicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności – żeby nigdy więcej naród przeciw narodowi, Człowiek przeciw Człowiekowi. Dwaj Wielcy – Charles de Gaulle i Konrad Adenauer – podali sobie ręce (a kiedy tylko historia na to pozwoliła – uczynili to Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl). I dokonało się coś, co nie mieściło się w wyobraźni: nastąpiło pojednanie – żeby nigdy więcej żaden naród nie został pozbawiony wolności dokonywania własnych wyborów, żeby nigdy więcej przemoc, żeby poszanowanie godności istoty ludzkiej stało się oczywistością. I tak wyłoniła się kolejna wspólnota – wspólnota wartości, której wyrazem jest Unia Europejska. Ta budowla wznoszona była uparcie, nieustępliwie, przez pół wieku, aż zwieńczona została w Nicei dumną deklaracją, czemu i komu w swojej najgłębszej istocie ma służyć: Kartą Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Godność. Wolność. Równość. Solidarność. Prawa Obywatelskie. Niezawisłe sądy. Łaskawy los pozwolił w końcu i nam, Polakom, do tej niezwykłej wspólnoty wartości dołączyć. Myślę, że nie ma dzisiaj większego przejawu patriotyzmu jak ten, żeby tej wspólnoty bronić do ostatniego tchu.

Żeby nigdy więcej…